W czasie tej rozmowy pewnym, jakby ociężałym ruchem uchyliły się jego powieki i oszalałe, bezmyślne, dzikie z miłości oczy wlepiły się w twarz panny Natalii. Ona także nie miała już siły ukrywać wyrazu swoich. Panna Joanna pełna trwogi i wzburzenia mówiła żywo do Karbowskiego, ale słowa jej plątały się i więzły w gardle. On pytał się, uśmiechał, rozumował, z pozoru sądząc, trzeźwo i chłodno, ale tylko na przelotne i bolesne chwile odrywał wzrok od tamtej. Mówił wolno i dźwiękami tak widocznie obcymi jego mowie, że wydawały się nie tylko jemu, ale i wszystkim przytomnym czymś dalekim i kłamanym.
- Pan długo jeszcze zabawi w Cisach? - zapytała go panna Natalia.
- Tak, jeszcze dosyć długo. Nie wiem... Może umrę... - rzekł z uśmiechem prawdziwie śmiertelnym.
- Umrze... pan? - szepnęła.
- Tak długo, tak dawno... tu leczę się bezskutecznie... Straciłem nadzieję.
- Może by panu jaki inny kurort pomógł... - wtrącił ksiądz oglądając swe paznokcie.
Karbowski musnął wąsika i przelotnie dotknął proboszcza spojrzeniem, które, zdaje się, mogłoby zabić.