- Kiedyż T o m c i u przyjechał? Nic my nie wiedzieli... - rzekła z właściwą jej oschłością.
- Wczoraj wieczorem dopiero. Jakże zdrowie ciotki?
- Ej... jakież to moje zdrowie... Tak kipię. Teraz ciepło, to siedzę tutaj we dnie, a przyjdzie zima, to się może nareszcie skończy.
- Ech, nie lubię też tych wszelkich...
- A wiem...
- Ciotka nieźle wygląda. Cóż słychać u Wiktorów? Jakże on?
- A cóż... Jak to Wiktor.
- No?
- Jest ta w tej fabryce.
- U Milera?
- Gdzie zaś! W żelaznej, ale przy stalowni:
- Przy stalowni! - zdziwił się Judym
- A w stalowni
- Dlaczegoż to?
- Przerzucił się. Mówi, że woli. No i łatwiej mu będzie... te... Ale to Tomciu winien, nie kto inny... - rzekła obojętnie, prostując fałdy spódnicy.
- Ja winien jestem, że się Wiktor przerzucił?
- Że się przerzuca, to temu Tomciu winien. Jak był głupim drągalem, to robił, co wlazło. Wziąłże Tomciu kłaść mu w głowę mądrości i teraz mu się odechciało roboty. Zabrał się do nie swoich rzeczy. Książki czyta. A jakże... To uczony człowiek!- uśmiechnęła się szyderczo, pokazując białe zęby. Judym słuchał obojętnie. Później zapytał: