- Jak się masz, Tomek...
- Cóż u ciebie słychać... - rzekł doktor, również bez czułości witając brata.
- Ano tak... idzie...
- Wiesz, odprowadzę cię.
- Dobra rzekł Wiktor biorąc blaszankę.
Gdy się znaleźli w ulicy, szli przez czas pewien obok siebie w milczeniu, po prostu nie wiedząc od czego zacząć. Wreszcie Wiktor rzekł:
- W Paryżuś był?
- Byłem.
- Teraz tu zostaniesz?
- Pewno. Trzeba będzie tu osiąść. Zobaczę, jeszcze nic nie wiem. Chciałbym tu być, ale czy wyżyję...
- No, i po tylu latach nauki jeszcze byś nie wyżył! - uśmiechnął się z niedowierzaniem i odrobiną ironii.
- Tak ci się to zdaje.
- Pewnie, że mi się zdaje. Co ja m o g i ę wiedzieć?
Judym zauważył to „mogię” i wnet go poczęło drażnić. Znowu szli milcząc Ulice były prawie puste. Kiedy niekiedy jechał wóz z jarzynami albo pieczywem. Nadzwyczajnie hałasując przemknęła się dorożka wioząca niewyspaną osobę z jakiegoś wczesnego pociągu. O ściany kamienic rozbijał się łoskot kroków ludzi idących do pracy z blaszankami w ręku.
W pewnej chwili wyminął braci stary Żyd dźwigający na plecach w ogromnym koszu dwa wielkie połcie mięsa. Stróże na całej długości ulic rozbijali miotłami suchy kurz i brud wczorajszy

  WQKQBBM WQGKGJM WQVZKPM WJXKPKM WJKGQZM