- Mówiła mi ciotka, że przerzuciłeś się znowu...- zaczął doktor.
- A tak. Pożarłem się z Raczkiem, tam z jednym majstrem Niech go tam zresztą jasności!...
- O co?
- A o co? Ścierpieć my się nie mogli i dość. Mówi, że ja nie na robociarza, że w kamaszkach, w żakiecie chodzę,,w krawacie... To, mówi, nie tego... A jemu psiąkrwi co do moich kamaszków! Idę do roboty jak każdy inny f a c e t, w takiej, o, koszuli i w takich portkach...
- Pewnie, ale po co się drzeć o byle co?
- E, o byle co! My ta wiedzieli, o co się drzemy... - rzekł Wiktor spluwając. - On mi się tylko czepiał, d r a ń, ja wiem. Ho co mu do mnie M o g i ę na mieście w święto papierowy kołpak włożyć ná łeb i chodzić w tym po alejach, to i tak mu nic do tego, chałujowi. Wzienem, zrugałem raz i drugi - no i trza się było wylać z tamtej budy:
- Jakże ci teraz?
- Z początku była b r y n d z a, ale jak raz zaprowadzili tę gruszkę Bessemera czy ta jakiego, i nadałem się. Robota jest ciężka, oczy żre, ale tu wolę.
- Widzisz, to ci chcę powiedzieć, że ty może wolisz, ale Teosia musiała stanąć do roboty. Ja wczoraj byłem w tej jamie, gdzie ona chodzi.