- Ja jej nie zmuszał.
- Tyś jej nie zmuszał, ale brak zmuszał. Powiem ci, że ona w tym tytoniu długo robić nie powinna. To jest za ciężka praca.
- Teraz l e t k i e j pracy mało na świecie - rzekł Wiktor obojętnie. - Cóż ja miałem robić? Przecie nie próżnuję.
- Ja też ci nie robię wyrzutów, tylko mi żal twojej kobiety.
- I mnie jej żal, ale cóż na to poradzić... -rzekł Wiktor w tonie ironicznym, z boku rzucając okiem na brata. - Tyś wyszedł na ludzi, a my zostali w swoim stanie. Żałujesz... „mojej kobiety...” Ja to samo... Ale choćbyś żałował i przeżałował, to się psu na budę nie zda. Już nie trzeba, jak ja się staram, żeby się, wybić na ludzi...
- Myślisz, że ci ubliża to, co mówi taki Raczek!
- Nie ubliża mi! Kazałbym ja ci chodzić w grubych buciorach, w zgrzebnych gałganach, w drelichu, jak bele chłopu od kanalizacji; co ze wsi przylazł... To byśmy zobaczyli...
- Ubranie o wartości człowieká nié stanowi...- rzekł doktor, myśląc jednocześnie, że ta maksyma stanowi wyświechtane słowo, pasujące do treści skarg Wiktora jak kwiatek do kożucha.