- To rzecz jakiejś opieki nad wychodzącym ze szpitala, a bynajmniej nie lekarza... - rzekł gospodarz.
- Lekarza obowiązek... - właśnie wykurować. Gdyby zaczął szukać miejsc odpowiednich dla swoich pacjentów, byłby może dzielnym filantropem, ale z wszelką pewnością złym lekarzem... - wołał ktoś inny.
- Zawsze „opieka”, zawsze „filantrop” - bronił się Judym. - Nie jest moim zamiarem żądać, ażeby lekarz szukał miejsca dla swych uzdrowionych pacjentów. Stan lekarski ma obowiązek, ma nawet prawo zakazać w imieniu umiejętności, ażeby chory wracał do źródła zguby swego zdrowia.
- Dobre sobie! Znakomita idylla! - Co też kolega!... - słychać było ze stron wszystkich.
- To właśnie, coście tu szanowni koledzy swoimi protestami stwierdzili, nazywam lekceważeniem i zgoła pomijaniem przyczyn choroby, kiedy idzie o ludzi biednych. My lekarze mamy wszelką władzę niszczenia suteren, uzdrowotnienia fabryk, mieszkań plugawych, przetrząśnięcia wszelkich krakowskich Kazimierzów, lubelskich dzielnic żydowskich. W naszej to jest mocy. Gdybyśmy tylko chcieli korzystać z przyrodzonych praw stanu, musiałaby nam być posłuszna zarówno ciemnota, jak siła pieniędzy...