- Pan doktór, jak słyszałem, ,wraca właśnie z Paryża? - zagadnął znienacka dyrektor.
- Dwa lata już minęły od mojego powrotu...
Korzecki zwrócił się z żywością w ich stronę i czekał tylko chwili, żeby się do tego dialogu przyłączyć.
W tym samym momencie lokaj odchylił portierę i złożył ukłon pannie Helenie. Ta wstała i prosiła na herbatę. Przeszli do sąsiedniego pokoju i zasiedli przy obszernym stole zastawionym mnóstwem talerzy, półmisków, szkieł lśniących.
Młody Kalinowicz siedział przy Judymie. Zawiadomił go, że dopiero co skończył politechnikę w Charlottenburgu, że wraca tam jeszcze dla „zrobienia doktoratu”, a tymczasem przypatruje się temu rynsztokowi, którym złoto płynie do Francji.
- Panie! - wołał - włosy powstają na głowie, kiedy się patrzy na to, co się tu dzieje. Nie chcę ubliżać nikomu, ale taka, na przykład, pomoc lekarska odbywa się w sposób zupełnie pocztowy. W dniu oznaczonym lekarz, „mający pod sobą” z osiem fabryk, jedzie z miejsca na miejsce... Czy to panu nie sprawia czasem przykrości?
- Nie, Boże broń... Pragnąłbym sam znaleźć tutaj ·zatrudnienie, więc muszę poznać stosunki do gruntu i z każdej strony.
- Czy tak? A wie pan, że to ciekawe... Więc pan pragnąłby tu osiąść... I poczynił pan już w tym celu jakieś kroki?
- Nie, wcale.
- Gzy ma pan jakie znajomości?
- Żadnych
- Ach, tak.
- Niech pan doktór nie bierze czasem do serca wszystkiego, co mój syn mówi o Zagłębiu - wmięszał się dyrektor. - Jest to niechęć specjalna. Proszę pana...
- Tak, jest to niechęć, a właściwie antypatia specjalna! - cedził młodzieniec.
- Ci ludzie zamordowują tych poczciwych eskulapów. Jest lekarz z a darmochę, więc do niego kto żyw. Chory, nie chory, z przywidzeniami, z imaginacją... Tu u mnie w lecznicy nasz doktorek ma na swej godzinie po sześćdziesięciu chorych. Niechże kto powie, czy może być tyle ludzi istotnie chorych w małej osadzie...
- Faktem jest - rzekł młody- że w całym kraju korzysta z porady lekarskiej na koszt właścicieli 41% a wcale jej nie doznaje 59.