Judym nachylił się do swej towarzyszki i zapytał:
- Czy widzi pani dobrze pracę tych ludzi?
- Widzę... - rzekła głosem zdumionym.
- Tak, tak... niech się pani dobrze im przyjrzy.
Nie mówili nic więcej ani w halach, ani na ogromnych dziedzińcach zawalonych istnymi górami miału, gruzów, piasku. Wiatr porywał i nosił z miejsca na miejsce pyły i dziwne jakieś rdze lotne
Gdy pożegnali uprzejmego mentora, minęli wrota fabryki i gdy jej mury daleko zostały, szli za miasto. Było już blisko południe.
Domy obok drogi i jej kanałów zarażonych zjadliwymi wyciekami fabryk były coraz mniejsze, coraz bardziej nędzne. Na końcu miasta wzdłuż drogi ciągnęły się budy, resztki chałup wiejskich, imitujące domy miastowe. Grunt tam był bagnisty. Dookoła stały zamokłe pastwiska, na których czarnym dnie ropiała zohydzona woda. Nieco wyżej ciągnęły się glinianki napełnione wodą deszczową.
Gdzieniegdzie sterczała jeszcze sosna po wyciętym lesie. Judym wchodził z Joasią na podwórza domostw śmierdzących, otwierał drzwi nie proszony i oczami wskazywał jej ludzi. Były tam dzieci robotników z cynkowni. Wynaturzone okazy gatunku ludzkiego, przedwcześni starcy z obliczami trupów i wzrokiem, który wołał o pomstę do nieba. Spoglądały na nich babska paskudne i złe, twarze chorych, którzy może sądzili, że to śmierć nareszcie drzwi uchyliła...
Szli tak od domu do domu...
Zanim stamtąd zdołali się wydostać, Judym spytał nie podnosząc oczu:
- Gdzie zamieszkamy?
Długo nie odpowiadała. Oczy jej tylko jaśniały.
- Czy tu? - szeptał rysując coś na piasku.
- Gdzie zechcesz...
- Ale czy chciałabyś tutaj?
- Tak...
- Dlaczego tutaj?
- Chciałabym pomagać ci w pracy.
- Mnie... w pracy...
- Mylisz teraz: - „Co mnie i tobie niewiasto...”
Judym spojrzał na nią straszliwymi oczami i rzekł cichym, sennym głosem:
- Skądże ty te wyrazy...
- Założymy szpital, jak w Cisach. Och, mój Boże! Będzie to coś zupełnie innego. Ja będę twoją felczerka...
- Dobrze... Ale czy potrafisz dom prowadzić?... Dom?