- Chciałem istotnie powiedzieć coś odmiennego.
Może to jest niewłaściwa myśl... Panowie osądzą. Chciałbym jasno to wyłożyć i poddać do rozważenia.
- Czy znajdujesz kolega - mówił Węglichowski powolnie i uśmiechając się leciuchno - że my źle coś w kierunku przeciwzdrowotnym broimy?
- Bynajmniej... To jest, ja się tak zapatruję, że wilgotność jest zbyt wielka w Cisach.
- Czy aby w niej znowu nie znajdziesz twojej sławnej malarii? Tej, co to w lecie?
Mówił to ze śmiechem niby dobrotliwym, toteż Judym nie mógł wytrzymać i powiedział:
- Zdaje się, niestety, że ominąć jej nikt nie potrafi.
Dr Węglichowski cmoknął ustami, później zaciągnął się mocno i patrząc zza dymu na swego asystenta rzekł:
- Widzisz, kochany panie Tomaszu, musimy postępować :w myśl ustawy, która nie daje ci prawa uczestniczenia w naradach. Nie jesteś członkiem. Musimy się trzymać ustawy. Ten nasz brak poszanowania ustaw - to jest wada narodowa... Owo: co tam! prawo prawem, a przyjaźń przyjaźnią. Naszym hasłem...
- Panie dyrektorze...
- Przepraszam, że ci przerwę; naszym hasłem powinno być co innego... Dura lex, sed lex ...
- A... jeśli ustawa zabrania... - szepnął Judym - w takim razie...
Ta odmowa nie tyle zmartwiła go, ile jakoś zdegradowała. Judym w ogóle łatwo ulegał złudzeniu, że w samej rzeczy nie ma prawa do mnóstwa przywilejów, które są udziałem innych ludzi. Obecną w nim była pamięć na rzeczy dawne, na pochodzenie i owo jak gdyby bezprawne wejście do życia stanów wyższych.
Toteż po rozmowie z doktorem Węglichowskim doznał w głębi serca tego spodlenia dumy, tchórzostwa rozumnej woli. Odszedł do siebie, rzucił się na sofę i chciał zdławić uczucie nędznej pokory. W chwili gdy biedził się z tym bezowocnym usiłowaniem, zastukał we drzwi jego numeru stary kąpielowy, pełniący zimą w domu dyrektora obowiązki lokaja, i wyraził przysłane „na gębę” zaproszenie pani dyrektorowej. Judym wiedział, że będą tam kontrolerowie, toteż z umysłu wybadał starego Hipolita, kto właściwie to zaproszenie przysyła.

  WQGJGZM WQXYPPM WQQBYVM WQPQVZM WJZQQQM