- Cóż to za eskapada, panno Joanno? Skąd pani wraca?
- Jak pan widzi... Z podróży
- Widzę, widzę nawet, że podróż musiała być daleka:
Furmań zatrzymał konie Przez chwilę panna Joanna skubała w zakłopotaniu brzeg okrywki. Na jej „niemożliwie”, jak mówiono, prawdomównej twarzy malowało się usiłowanie zatajenia czegoś. Rumieniec rozpalał się na policzkach. Rzekła cicho:
- Jeździłam do spowiedzi... do Woli Zameckiej
- Aż do Woli? I dlaczegóż nocą? Niechże pani drugi raz tego nie robi. Któż widział?... Deszcz pada, chłód w nocy, pani cała zmoknięta. Proszę mi darować, że wchodzę nieproszony ze swą interwencją, ale jako lekarz uważam sobie za obowiązek zrobić tę uwagę.
Tymczasem robił ją z pobudek bynajmniej nie lekarskich. Serce mu biło w piersiach. Ta twarz ze spuszczonymi oczami w głębi zielonego kaptura, przepyszne, rozrzucone włosy, wysuwające się na czoło a szczególnie oczy, oczy i płomień rumieńca... Było to jakby urok dziwnego lasu, jakby się łączyło ze słońcem, które zza mgieł wypływało nad cichą, senną leśną głuszą. Judym stał bezradnie przy stopniach bryczki i zmrużonymi oczyma wpatrywał się w płochliwe rysy.
- E proszę łaski panienki, cóż ta ukrywać przed panem, przed doktorem... - rzekł znienacka furman odwracając się bokiem. - My nie do spowiedzi, proszę pana doktora, jeździli z panienką.
- Felek! - krzyknęła panna Podborska.
- Jeżeli sobie pani nie życzy... - rzekł Judym uchylając kapelusza. - Nie chciałbym zrobić najmniejszej przykrości.
- No, przecie się ta rzecz nie ukryje, choćby my na głowie stanęli. Już i talk ludzie mielą jęzorami... prawił Felek.
- Cóż takiego?
- My jeździli, proszę pana doktora, szukać jaśnié panienki, panny Natalii.
- Jak to szukać? - szepnął Judym ze zdumieniem. - Jak to szukać?
Zamiast odpowiedzi panna Joanna zerwała się szybko i wysiadła z bryczki. Twarz jej była udręczona. Całe ciało trzęsło się jak w febrze. Dała Judymowi znać oczyma, że chce mu całą prawdę powiedzieć, ale nie wobec furmana. Odeszli kilka kroków drogą w górę. Felek zrozumiał swą rolę i wstrząsnął z lekka lejcami. Konie ruszyły i noga za nogą, wolniuteńko zstępowały ze wzgórza. Stukanie kół bryczki o korzenie sosen i świerków przerzynających drogę zagłuszało rozmowę.