- Tak pan myśli?
- Naprawdę. Pani musi prześlicznie wyglądać na koniu...
Powiedział to zdanie bez chwili namysłu i faktycznie bez wiadomości, jaki sens mają te słowa.
- A to dopiero terapia! - rzekła panna Joanna nie patrząc na niego. Złoty uśmieszek, najpiękniejszy z uśmiechów, otoczył jej twarz jakby blaskiem słonecznym. Brwi i wargi drgnęły wesoło. Judym przez chwilę daremnie czekał, aż usta powiedzą wyraz skrzydlaty, który chował się w tym prześlicznym uśmiechu. Nikły rumieniec jak zorza płynął po jej policzkach.
- Proszę pana - mówiła rumieniąc się coraz bardziej - pan jeździł czasami tramwajem na Chłodną czy na Waliców?
- Jeździłem... Rozumie się... A dlaczego się pani pyta?
- Tak się tylko pytam. Kilka razy widziałam pana jadącego w tamtą stronę. Był pan wówczas troszkę inny, nie taki jak teraz. Może zresztą w cylindrze tak się pan wydawał. To było ze trzy lata temu, a może nawet więcej.
- Dlaczego pani zwróciła wtedy na mnie uwagę?
- Nie wiem, dlaczego.
- Za to ja wiem dobrze.
- Czyż tak?
- Wiem na pewno.
- Niechże pan powie, dlaczego.
- Dlatego, że...
Judym pobladł. Uczuł, jak skóra cierpnie mu na głowie i jak zimny dreszcz falą spływa przez całe ciało.
- Nie - mówił - nie powiem teraz. Kiedy indziej...
Panna Joanna zwróciła na niego oczy, przyjrzała mu się szczerym, rzetelnym spojrzeniem i zamilkła. Szli długo.
Na kresach łąki, po urwisku płaskowzgórza rozrzucone były chaty wsi, do której Judym zdążał. Droga, wąska w nizinie, zmieniała się w szeroki wygon pokryty mnóstwem kolein i wygrodzony żerdzianym płotem. Panna Joanna szła tą dużą drogą kilkadziesiąt kroków. Z nagła stanęła i mówiła:
- Pan idzie do wsi?
- Tak, do chorych.
- Ja tam już nie pójdę.
- Dlaczego?
- Nie, nie pójdę.
- Już pani wróci do domu? - pytał z żalem w głosie i oczach.
- Tak, już trzeba wracać. Zresztą... Długo pan tam zabawi?
- Nie bardzo, z jakie pół godziny.
- A tak... Ja tu poczekam. Albo lepiej..:
- Panno Joanno...
- Albo lepiej tam, na kraju tego wzgórza.