- Jako motyw do rodzinnego pejzażu. Przekonałem się, że to, co częstokroć zowiemy rolą zakładu w historii okolicy, przypisywanie mu jakiegoś społecznego czy higienicznego znaczenia, jest tylko rodzimą blagą, efektem, reklamą, obliczoną na głupotę histeryczek. Dla mnie tedy jest to widok taki sam jak każdy inny.
- Nie lubię tych pańskich lekcji! Jestem człowiek stary...
- A ja jestem człowiek młody, który starcem w danej chwili żadną miarą być nie może.
- Mój łaskawy panie!
- Jestem lekarz! Uważam za rzecz ze stanowiskiem lekarza niezgodną to, co pan dyrektor pozwala czynić swemu totumfackiemu.
- Mój dobrodzieju! - mruknął groźnie Krzywosąd - rachuj no się, z łaski swej, ze słowami! Także! Totumfacki... Nec sutor ultra crepidnm.
- No, no! daj no pokój z twoją tam łaciną...- krzyknął dyrektor. - Ja ci tu dam łacinę!
Zwracając się zaś po chwili do Judyma, mówił z cicha, ale dobitnie:
- Pańskie admonicje nie wywrą tutaj żadnego wpływu ani na mnie, ani na nikogo.
- Wiem o tym dobrze. Ja...
- Jeżeli pan wiesz o tym dobrze, to nie rozumiem, po co się mięszasz w nie swoje rzeczy. To do pana, kochany panie, wcale nie należy.
- Czy kwestie higieny należą do pańskiego totumfackiego?
- Tu nie ma wcale ani kwestii higieny, ani tym mniej nie ma totumfackiego. Co się panu wydaje? Gdzie Rzym, gdzie Krym? Higieny!
- Higiena jest, ale dla ludzi bogatych. Chłopy i ich bydło niech piją muł z naszego stawu. Otóż ja panu dyrektorowi krótko powiem: przeciwko temu, co się tu robi, ja kategorycznie protestuję!
- A protestuj sobie, kochany panie, ile wlezie... Ile tylko wlezie! Krzywosąd, najmiesz mi na jutro dwa razy tyle robotników co dziś.
- Panie Piórkiewicz - zawołał Krzywosąd do ekonoma - każ pan pójść komu po wsi, żeby do roboty przyszło jeszcze z ośmiu, z dziesięciu.
Zwracając się do Judyma, administrator zaśmiał się szyderczo, z całego serca, i rzekł:
- No, i cóż pan na to, panie reformatorze?
- Ja nic na to, stary ośle! - rzekł Judym spokojnie
Krzywosąd przez chwilę patrzał w niego wlepionymi oczyma. Wtem zbladł i, wznosząc pięść, o krok się posunął. Judym dostrzegł ten ruch i stracił świat z oczu. Jednym susem przypadł do Krzywosąda, chwycił go za gardziel, targnął nim z dziesięć razy, a potem pchnął go od siebie. Administrator stał tyłem do stawu. Rzucony przez Judyma, zleciał z grobli, runął w szlam i zanurzył się w rzadkie bagno, tak że ledwo go było widać. Chłopi cisnęli rydle i pospieszyli mu z pomocą.
Judym nie widział, co było dalej. Oczy mu zaszły wściekłością, jak_ bielmem. Szedł drogą klnąc głośno, ordynarnie...