Korzecki rozglądając się z szacunkiem po salonie nachylił, się w kierunku jego właściciela i szepnął:
- Widzę coś nowego...
- No, co?
- Jakaś niewielka sztuczka, ale aż oczy bolą.
- Ten zegar?...
- To, to!
- Kupiłem go - rzekł dyrektor z satysfakcją ukrywaną dyskretnie - w Monachium. Szczerze mówiąc, za bezcen.
Po chwili dodał:
- Za bezcen!
Wstał wkrótce i ułatwił gościom zbliżenie się do zegara empire stojącego pod kloszem na gzymsie konsoli. W istocie było to coś bardzo ładnego w skromności swych linii i naiwności płaszczyzn
- No, a Uhde oprawiony? - żywo zapytał Korzecki.
- A jakże, a jakże! - i powiem koledze - bajecznie. Chcecie może zobaczyć?
- Ależ, jeśli łaska...
- Proszę, proszę tędy.
- Jakże panna Helena, czy wciąż jeszcze zajęta Ropsem?
- A tak, ona swym Ropsem... proszę panów tędy...
Wszyscy trzej weszli do sąsiedniego gabinetu urządzonego z przepychem. Zaściełał go dywan i wypełniało mnóstwo sprzętów, nad którymi królowało niejako wspaniałe biuro. Kandelabry, figurynki, fotografie w ramach stojących, przyciski i mnóstwo książek - piętrzyło się na nim. Ściany zawieszone były malowidłami i rysunkami, a biblioteka, rzeźbiona misternie, połyskiwała od złoconych tytułów.
- Widziałeś pan to głupstewko?
Korzecki przymrużył powieki i z wyrazem najgłębszej ciekawości badał wskazany obrazek.
- Kupiłem tę sztuczkę w Mediolanie, w tej, wiecie panowie, budzie, co to Cenacolo Vinciano. Otóż zaszedłem tam... Był upał. Za oknem, słyszę, musztruje jakiś oficerek z wrzaskiem oddział tych rycerzy, których później rozmiata jak śmiecie byle Menelik... Patrzę, że kopiuje Wieczerzę jakiś młody włochino. Śliczny, szelma, jak najcudniejszy obraz. Włosy na łbie wzburzone, nos, panie, usta, oczy jak u jastrzębia. Maluje, maluje... Przyskoczy do swych sztalug i tnie pędzlem, ale to w całym znaczeniu tego wyrazu - tnie. Widzę - zrobił tylko jedną figurkę, a reszta ledwo, ledwo naszkicowana. To mię, powiem panom, tak uderzyło, że tysiąc razy bardziej niż oryginał. Co za wyraz, co za twarz! Jak te oczy patrzą! To jest przecie apostoł... I nie tylko apostoł, ale człowiek, który z boleścią pyta: „Czy ja cię mam wydać, Mistrzu i Panie?” Ani sposobu wytrzymać; mówię do tego malarzyka.

  WQGYGXM WQXZKGM WQQZYKM WQBKBVM WJJKJYM