- Nie potrzeba - mówił mi jeden z moich przyjaciół.
Ale ja nie zaniechałem zamiaru. Jak to, jaż bym miał pozbawiać przyjemności konsulat zawizowania może pierwszego i ostatniego paszportu? miałbym mu stawać na przeszkodzie w wypełnieniu jedynej może czynności urzędowej? Wiedziałem wprawdzie, że za wizę trzeba płacić, ale wiedziałem również, że gdybym się bardzo uparł, to jeszcze konsulat byłby mi dopłacił za rzadką sposobność, jakiej mu dostarczyłem.
Udałem się tedy do konsula, którego szczęśliwie zastałem w biurze.
- Mego sekretarza nie ma - rzekł mi - zechciej pan potrudzić się po trzeciej. Schowałem paszport do kieszeni.
- Nie mogę - odpowiedziałem. - Wyjeżdżam o drugiej; muszę się tedy obejść bez wizy.
Mój interlokutor zbladł.
Pierwsza wiza dla konsula - to tak, jak pierwsza długa suknia dla podlotka, jak pierwszy meszek nad ustami dla młodzieńca, jak pierwszy drukowany artykuł dla literackiego embriona, jak pierwsze szlify dla podoficera, jak pierwszy pocałunek i pierwsze "kocham ciebie" dla pensjonarki.
A tu sposobność owej pierwszej wizy była i mogła przeminąć, może na zawsze!

  WQZZKPM WQYGPZM WQVQKQM WJXJPJM WJVPXJM