- Panie - rzekł mi więc konsul - nie będę czekał na sekretarza, niech go tam diabli wezmą; dawaj pan paszport, zawizuję sam, byle prędzej.
Dałem więc paszport.
Interlokutor mój wyciągnął z biurka ogromną szufladę i wydobył z niej takie mnóstwo pieczęci, puszek z farbą, opłatków, laków, że wystarczyłoby tego dla zawizowania wszystkich paszportów z całych Stanów Zjednoczonych.
Ale każdy debiut ma swoje strony rozkoszne, ma jednak i przykre. Nieraz, gdy dwóch chłopców bawi się w woźnicę i w konia, woźnica nie umie powozić, koń musi go uczyć. Po niejakiej chwili konsul począł się namyślać i drapać w głowę.
- Panu o prostą wizę chodzi? - spytał.
- Tak, byle w dobrym gatunku.
- Hm!... Diabli nadali tyle tych pieczęci.
- Palnij pan pierwszą lepszą.
- Ale to trzeba na końcu paszportu?
- Najlepiej trzymać się środka. W Stanach Zjednoczonych są tylko dwie partie: demokratyczna i republikańska, a nie ma trzeciej, dlatego jest źle.
- A tak! tak!
- A pan do jakiej partii należy? - spytałem znienacka.
- Ja?... tego... jakże się nazywa?... Mam przecie gdzieś zapisane, ale na pamięć...

  WJQGQKM WJGZPYM WJZBZJM WQKGKZM WQBQPKM