Amerykanie poczęli się urządzać, jak gdybyśmy mieli już na zawsze tu pozostać. Jakoż zanosiło się na wcale nie krótką kwarantannę. Dzień upływał za dniem, a każdego wieczora kładliśmy się z myślą: jutro może już obudzimy się w Nevadzie...
I budziliśmy się... w Tuano.
Wkrótce wielka zażyłość zapanowała miedzy mieszkańcami naszego wagonu. Razem chodziliśmy na obiad, wieczorem pijali herbatę w wagonie, a potem do godziny zwykle jedenastej śpiewaliśmy chórem narodowy amerykański "Georgia-marsh", potem Murzyn Charles urządzał łóżka i szliśmy spać.
We dnie program również był postanowiony. Rano: strzelanie z rewolwerów; nagroda dam: pomarańcza. Udało mi się pozyskać ją zaraz drugiego dnia. Po strzelaniu spacer koło wagonów i turniej damski polegający na chodzeniu po szynach. Dama, która najdłużej utrzyma się na szynie i przejdzie największy kawał drogi, otrzymuje nagrodę dżentelmenów: pomarańcze. Trzeba było widzieć nasze ladies, jak podkasawszy sukienki szły z sobą o lepsze i obsuwały się co kilka kroków na ziemię.