To mówiąc towarzysz mój zbliżył się do okna i spojrzał w stronę miasta. Księżyc oświecił jasno twarz jego. Zdawało mi się, że czytam całe szeregi myśli i marzeń na jego czole; jakoż po chwili pokiwał głową i rzekł:
- Wie pan co?
- Co? - spytałem, ciekawy jego wrażeń.
- Ot, ja myślę, czybyśmy się koniaku nie napili. Wieczór chłodny.
Mimo woli przyszedł mi na myśl wierszyk, który kilkanaście lat temu powtarzał mój profesor łaciny, gdy mimo usiłowań z jego strony woleliśmy dawać sobie prztyki w uszy, niż zachwycać się pięknościami Horacjusza:
Cóż po muzyce tępym osłom w stajni!
Graj im na lutni: tańczyć niezwyczajni.
Swoją drogą, tak trzeźwy, lubo mający związek z koniakiem, pogląd okiełznał rozbieganą moją wyobraźnię.
- Dziękuję za koniak - odpowiedziałem - uważam jednak, że pan zdrowo na rzeczy patrzy, i winszuję panu tego szczerze.
- A cóż to? - odrzekł wskazując na oblaną światłem księżyca katedrę - martwy kapitał i nic więcej!
- Przyjm pan moje gorące uznanie i zarazem dobranoc panu!
Zostałem znowu sam, ale po chwili wszedł ów dżentelmen z jasną brodą, z którym, według pierwotnego planu, miałem się zjechać w Bremie.