VII. SZKICE AMERYKAŃSKIE

Dolina Anaheimska. Drzewa. Ptaki. Zwierzęta. Okolice. Pola kaktusowe. Kujoty. Borsuki. Franio i jego cnoty. Grzechotniki. Bażanty. Co jest prawdziwie niebezpieczne. Anaheim i Anaheim Landing. Zmiany widoków. Fata morgana. Anaheim Landing i Ostenda. Towarzystwo. Życie. Kapitanowie. Przyjaciel Max. Co się robi w Landing. Polowanie. Pelikany. Ławy piaszczyste. Świat ptasi. Panteizm. Muskity. Kąpiele. Rekiny i raje. Głowonogi. Lwy morskie. Rośliny morskie. Ryby i ich kształty. Bernardpustelnik. Moje zbiory. Ameryka i Słońce przez duże S. Tęsknota za górami. Pożar lasów. Moje plany. Nauka języka hiszpańskiego. Nowa metoda. Przesyłki z San Francisco. Natura ciągnie wilka do lasu. Nasze gazety i amerykańskie. Nr 29 "Tygodnika". Wiersz "W górach". Poetka. Co słychać? Opinia publiczna. Nad Pełtwią. Nudy w Landing. Podróż. Anaheim. Profesor pięknych gestów. Nocna podróż w góry.

Nie chcę być niczym krępowany w przesyłaniu wam moich listów; ani czasem, ani porządkiem wrażeń. Pozwólcie mi być swobodnym; pozwólcie pisać mi o tym, o czym mi się podoba;
przeskakiwać wypadki i zdarzenia, odłożyć np. opis mego pobytu w San Francisco, Sacramento lub nad rzeką Cosumnes, a skokiem prawdziwie felietonowym zaprowadzić was o całe setki mil dalej, w miejsca, które zamieszkuję i zwiedzam obecnie. Przede wszystkim jednak muszę was uprzedzić, że mam trochę cygańską duszę i nigdzie nie mogę zagrzać długo miejsca. Nie uwierzycie, jak mi było dobrze w dolinie Anaheimskiej, w tym prawdziwym raju na ziemi, o którym śmiało można powiedzieć:
Czy znasz ten kraj,
Gdzie cytryna dojrzewa?
Istotnie cytryna tu dojrzewa, a oprócz cytryn, jak u nas w lipy, tak tam każdy dom tuli się pod zielone warkocze drzew pieprzowych, tamarynd, palm, rycynusów, oleandrów, winogradów, fig i drzew gumowych. Ciemne bluszcze o liściach wielkich, podobnych do klonowych, i inne pnące się rośliny, których nazw nie znam nawet, czepiają się tu każdego pnia, każdej gałęzi, każdej kraty w werandzie lub ścianie, tworząc nieprzebite festony i kopuły zieloności, pod którymi nawet w czasie godzin południowych panuje rzeźwy chłód. Nic milszego, niż siadłszy pod taką kopułą na biegunowym krześle, patrzyć z cienia na oświecone słońcem przestrzenie. Powietrze, przesycone zapachem heliotropów, lilij, róż, kwiatów pomarańczowych i różnych innych, które tylko w tym klimacie wzrastają i mnożą się, upaja prawie. Na kwiatach kołyszą się motyle; od czasu do czasu zalatują kolibry podobne do konika polnego o świetnych barwach i zawisnąwszy koło kwiatu na drżących skrzydełkach, zanurzają kilkakrotnie w jego kielich swój długi na kształt igły dziobek. Ptaszek ten ma wszystkie ruchy owadu: kręci się jak motyl, nie siada prawie nigdy, a skrzydełka jego skutkiem niezmiernie szybkich drgań wydają szmer podobny do skrzydeł szarańczy. Jest to baby (bebe), czyli beniaminek wszystkich ptaków, dlatego żaden z nich nie robi mu krzywdy, czyhają na niego tylko brzydkie pająki, ale "bebe" walczy z nimi mężnie i bardzo często je pokonywa. Ludzi nie więcej boi się niż każdy motyl i kręci się często tuż nad ich głowami. Zresztą prowadzi sobie życie wesołe: na liściu pomarańczowym ma swoje gniazdko, ma co jeść, pić; nie płaci żadnych podatków; jest bogaty, niezależny, rozpieszczony i szczęśliwy. Prócz kolibrów widzisz tu mnóstwo innych ptaków. Szary z żółtą piersią pszczołojad, wielki przy tym zawadiaka, patrzy tylko, czy nie ma blisko jakiego drozda lub błękitnika, żeby zaraz z nim zrobić awanturę. Ale oto mądry drozd, czyli tak zwany przedrzeźniacz,

  WJGXQJM WQPKZQM WJJYVGM WQKGZXM WQGPVPM