- E, to nic! - odpowiedziałem spokojnie - on dort chez nous comme cela.
Tymczasem mój towarzysz, z otwartymi ustami, z głową niżej od nóg, świszczał, ryczał, sapał, rżał, gwizdał - słowem: wydobywał z siebie tak nadludzkie, tak fantastyczne, a nagłe i niespodziewane odgłosy, że i mnie samego, jakkolwiek słyszałem już nieraz, jak nasza szlachta chrapie, zaczęło ogarniać zdziwienie.
Wkrótce też zauważyłem, że wagon nasz stawał się coraz pustszy. Co stacja, jaki taki zabierał swoje manatki i wynosił się do innych przedziałów. Na granicy belgijskiej było już nas tylko dwóch. Pociąg zatrzymał się. Do wagonu wszedł już nie mrukliwy pruski konduktor, ale Belgijczyk ubrany w czarne kepi i poprosił nas po francusku, ażebyśmy się udali do rewizji rzeczy.
- Co to jest? - pytał rozbudzony mój towarzysz wodząc na wszystkie strony oczyma.
- Granica belgijska, rewizja.
- Zdaje mi się, żem się trochę zdrzemnął.
- Bardzo niewiele!
- A gdzież się reszta pasażerów podziała? Oparłem rękę na jego ramieniu:
- Galilaee, vicisti! żaden nie dotrzymał placu. Wszyscy drapnęli.

  WQPKPKM WJXZGYM WJVPBXM WQYYGBM WQVQPZM