Dość o tym. Wracam do mojej podróży.
.Owóż upłynęło mi jeszcze w Landing dni z dziesięć. Co wieczór na Santa Lucia połyskiwały z daleka pożary lasów; co dzień dym unosił się w powietrzu, nadając promieniom słonecznym przykrą, rdzawą barwę, a ja z żalem myślałem, że nim tam pojadę, spłoną chyba wszystkie lasy i zostaną nagie tylko szczyty i skały.
Aż raz pewnego poranku rozbudził mnie jakiś szmer. Na świecie było jeszcze szaro i w tym bladawym pół-świetle, pół-cieniu ujrzałem Maxa stojącego na krześle ze sznurem w ręku i majstrującego coś około wielkich gwoździ wbitych w ścianę, na których wisiały meksykańskie kulbaki.
Myślałem, że może nie zdoławszy się zdecydować, którą senoritę więcej kocha: Amerykę czy Słońce - Max umyślił się powiesić, więc na wpół przestraszony podniosłem się na łóżku i spytałem go: co robi?
- Jadę, sir, do Harrisona - odpowiedział. - Będzie już z rok, jak pożyczyłem mu sto talarów; jadę teraz odebrać.
- Gdzież mieszka ten Harrison? - spytałem niedbale.
- O! daleko: w górach.