Wsiedliśmy do wagonu, a wkrótce za nami wsiadł, a raczej wskoczył pomijając schodki, jakiś dżentelmen nadzwyczajnej otyłości, stanowiącej dziwny kontrast z jego ruchami.
- Prawda, panie, że jestem lekki? - rzekł do mnie przymrużywszy jedno oko, jakby mnie znał od lat dziesięciu.
- Jak angielski kocz - odparłem.
- Jak to jak kocz? - spytał cokolwiek urażony.
- No, bo lekki a pakowny.- O! doskonale, doskonale! - odparł spoglądając z nieopisaną sympatią na swój wydatny żołądek. - Ja jestem nauczycielem tańca. Dwanaście lekcji kosztuje u mnie 40 franków. Najładniejsze dziewczęta z całego Lille uczą się u mnie; lekcje są wspólne. Panowie jadą do Lil- le? Oto są moje bilety: Mr Dunois. W czwartki i w soboty, od szóstej do siódmej. Wszakże panowie mają te godziny wolne?
Towarzysz mój odpowiedział, że najchętniej korzystalibyśmy z uprzejmości pana Dunois, gdyby nie to, że jedziemy do Ameryki, ale że z powrotem nie omieszkamy zatrzymać się umyślnie w Lille dla wzięcia kilkunastu lekcji. Pan Dunois dodał jeszcze, że uczy nie tylko kontredansa, ale i uprzejmej rozmowy z damami w czasie tego tańca. Po czym w najlepszej zgodzie ruszyliśmy w drogę.