Są też tam całe zielone jaskinie, tak wielkiego uroku, iż nieraz, gdym się w nie chronił przed upałem, zdawało mi się, że lada chwila zobaczę chorowód nagich nimf lub driad, bo w głowie nie mogło mi się pomieścić, ażeby te miejsca tak cudne miały być puste i milczące.
Chociaż nie były jednak zupełnie milczące, bo kapela pszczelna grała mi nad uszami bez przestanku. Widziałem małe, żółtawe pszczółki i większe tak zwane włoskie, czarno prążkowane, jak siadając na kwiatach powojów, to wreszcie na żółtych kwiatach bluszczów, zamiatały nogami słodki pył i obładowane odlatywały do ulów. Czasem zalatywał kolibr mający kształt i ruchy owadu i zwisnąwszy na skrzydłach nad pochylonym kielichem, zanurzał weń swój długi, na kształt igły, dziobek. Za pszczołami ciągnęły pszczołojady, spore i złe ptaki z szarym grzbietem i zielonawą piersią; przedrzeźniacze kołysały się na prętach lianów naśladując głosy ptaków i zwierząt; wreszcie cudne błękitne płaszcze i całe tysiące górskich kuropatw przychodziły pić wodę w strumieniu i zadzierać przy tym głowę do góry na wzór pijaków, którym napój bardzo smakuje.

  WQPXQGM WJGJBYM WJXBVJM WQZVVZM WQQZJGM