kanionach. W mieście daję gościowi stancję, za którą mógłbym wziąć pieniądze, daję mu brekfest, lunch i obiad; to wszystko kosztuje. A tu? gość to dwie ręce i jeden karabin więcej, a przy tym towarzystwo ludzkie coś warte. Dżak, ja bym się tu wściekł żyjąc tak samotnie. Jakim się to sposobem dzieje, Dżak, że ty się nie wściekniesz także?
- Przyzwyczaiłem się - odparł skwater - ale przecież czasem bywa ciężko, zwłaszcza gdy przyjdzie pora dżdżysta i nie ma co robić. Wszakże, sir, zabawisz w górach aż do deszczów? - spytał zwracając się do mnie.
Odpowiedziałem, że nie wiem, istotnie bowiem i wówczas nie wiedziałem, i teraz nie wiem, gdzie się będę za parę miesięcy obracał. Za rok będę może w Warszawie, a może w San Pablo. Podróżomania jest jak wszystkie inne nałogi. Pierwszy krok najtrudniejszy, a potem popycha już jakaś dziwna siła, jakby Żyda Tułacza, coraz dalej i dalej. Ale tymczasem ugoda ze skwaterem stanęła. Potwierdziliśmy ją jeszcze kilkakrotnym uściśnieniem sobie ręki, przy czym za każdym uściskiem syknąłem, a następnie wzięliśmy się do picia owej japan tea, naturalnie z miodem, nie z cukrem. Przypomniałem sobie, że we wiukach mego konia, obok rozmaitych innych gratów, znajdują się dwie małe baryłki, jedna z brandy, druga z winem. Przyniósłszy je do ogniska zaprosiłem obu towarzyszów. Poobwijaliśmy się w koce, zapalili fajki i to pykając z cybuszków, to popijając herbatę z brandy, leżeliśmy przy ognisku i gawędzili coraz weselej. Skwater wreszcie rzekł: