IX. SZKICE AMERYKAŃSKIE - Z PUSZCZY II
Zapowiedź. Trochę geografii. San Bernardino. Colorado. Gila i Gila Desert. Suche jeziora. Pustynia na wiosnę. Szarańcza. Santa Ana wind. Słońce. Pierwszy powiew. Skutki wiatru. Poranek po wichrze. Ucieczka konia
Było to jakoś w drugiej połowie października. Około godziny dwunastej w południe taka cisza osiadła na okolicy, że góry, skały i puszcze zdawały się zaklętym snem ujęte. Żaden liść nie poruszał się na drzewie. Pisząc w chacie słyszałem, jak dojrzałe żołędzie czarnych dębów urywały się z szypułek i szeleszcząc po liściach uderzały o ziemię. Upał był nieznośny, powietrze w domku stało się tak duszne, że po małej chwili nie mogąc pisać złożyłem pióro. Serce i tętno w skroniach biły mi przyśpieszonym ruchem. Nie rozumiałem, co się to dzieje: czy ja jestem chory, czy też w naturze ma zdarzyć się coś niezwykłego. Chciałem spytać o to Dżaka, ale przed godziną poszedł się był kąpać do potoku i nie wrócił jeszcze do chaty; więc położyłem się na mchu i począłem obcierać pot, który obficie występował mi na czoło.
Tymczasem stawało się coraz duszniej. Nie mogłem już wątpić, że to na mnie nachodzi jakaś choroba, gdy nagle usłyszałem z dala ciężki chód Harrisona. Po chwili wszedł do chaty: policzki jego były zarumienione, ale oczy jakoby przygasłe, a czoło nie mniej zroszone potem od mojego.