IX. SZKICE AMERYKAŃSKIE - Z PUSZCZY III
Na tropie. Park wersalski w pustyni. Uprzejmy caballero. Nocleg w lesie. Grzechotnik. Mika w piasku. Zimowa słota. Rodak i chodak. Mosiężne ćwieki. Strumień rozdziela się. Błądzę. Nieznane kaniony. Pierwotna natura. Powaga i cisza. Wychodzę z gór. Widoki z tarasu. Dolina i ocean. Dom Mitchela. Powrót do chaty
Złożyliśmy z Harrisonem wielką radę wojenną.
Koń wysunąwszy się z pętlicy mógł zejść tylko do parowu, bo innej drogi nie było. Natomiast parowem mógł udać się albo na wschód ku Bernardynom, w którym to razie nietrudno by go było odnaleźć, albowiem potok w górze jest nie do przebycia, albo na zachód ku Anaheim. W tym ostatnim wypadku sprawa byłaby trudniejszą z powodu, iż potok w miarę spadku rozszerza się, a kanion staje się coraz obfitszy w obszerne, pokryte lasem doliny. Myślałem także przetrząsnąć puszczę, wśród której stała nasza chata, ale Dżak upewnił mnie, że tak wielkie zwierzę, jak koń, nigdy nie zdołałoby przeniknąć w gęstwinę równie zbitą i poplątaną lianami. Jakoż tak było w istocie.
W ogóle przychodziło wątpić, czy opłacało się szukać konia. W nocy mogły go zjeść drapieżne zwierzęta, bądź kuguary, bądź ostrowidze. Mogli go także skraść Meksykanie. Szukanina wymagała wiele trudów, a pod pewnym względem była nawet niebezpieczna. Ale przywiązałem się już do mego wierzchowca i postanowiłem nie zważając na nic pójść w jego ślady. Zresztą po skończeniu chaty nie mieliśmy z Dżakiem wiele do roboty, zaraz więc po brekfeście zajęliśmy się przygotowaniem do wyprawy. Nie wiadomo było, jak ona długo potrwa, każdy z nas więc wziął mały zapasik sucharów i suszonego mięsa, a oprócz tego każdy uzbroił się jak gdyby na wojnę w karabin, rewolwer i bowie-knife nie licząc lassa, które miało służyć do odprowadzenia konia.