X. SZKICE AMERYKAŃSKIE - Z PUSZCZY I
Skwater Plesent i jego osada. Gospodarstwo. Widok ogólny. Senora Refugio. Inni goście. Sam i Lucjusz. Meksykanie. Przy ognisku. Duma meksykańska. O hiszpańskiej ludności w ogóle. Meksykanie i Jankesi. Przypomnienia. Panowie Jorba. Meksykanie wobec Stanów Zjednoczonych. Upadek ludności meksykańskiej i przyszłe jej losy. Jakim sposobem narodowość upada. Rząd Stanów Zjednoczonych. Szczególne cechy. Grzeczność meksykańska. Panowie Salvadores. Wieczerza. Opowiadania. Lucjusza. Wspomnienia Lucjusza z Arizony. Życie w Arizonie. Zawody. Indianie. Stosunki handlowe. Widok kraju. Komunikacje. Widoki pustyń amerykańskich. Moje wspomnienia z Utah Nevada. Pustynia kalifornijska. Las dantejski. Stary Ramon. Dzwonki o cyotte. Przerwane posiedzenie. Ryś. Kozy angorskie. Kozieł i kozy. Rozmowa z Ramonem. Jeszcze o cyotte. Ramonowa harfa. Pieśni meksykańskie. Przykre wspomnienie. Zmarła dziewczyna. Amerykański żal. Paweł i Wirginia. Grób Wirginii. Noc
Późną już nocą przybyliśmy wraz z towarzyszem moim, Dżakiem, do skwatera Plesenta.
Nazajutrz rano miało się rozpocząć polowanie na szarego niedźwiedzia. Miejscowość zajmowana przez Plesenta stanowi dość obszerną dolinę pokrytą odwiecznymi dębami; z jednej jej strony ciągnie się ogromnym półkolem wydłużone wzgórze ucięte równo jak mur; drugi zaś i bardzo spadzisty brzeg przeciwległy tejże doliny utworzony jest przez potok. Za potokiem ciągnie się inna płaszczyzna, znacznie niższa, zamknięta wysokimi górami.
Całość, na którą pierwszy raz rzuciłem okiem przy świetle księżyca, przedstawiała mi się bardzo romantycznie, jak zresztą większa część siedzib skwaterskich położonych w kanionach. Dolina wyższa, niższa i następne amfiteatralne wzgórze zatoczone łukiem tworzyły jakby olbrzymi cyrk rzymski albo jakby rodzaj schodów. U stóp ich szumiał w korytarzu skalnym potok stanowiący zarazem drogę do osady. Noc była już późna, ale pogodna. Księżyc zatapiał światłem cały ów amfiteatr wzgórz i arenę doliny. Wszystko to było teraz ciche i uśpione. Można było mniemać, że igrzysko skończyło się przed chwilą; cezar opuścił miejsce, lud rozproszył się w ulicach miasta, a na arenie, na krwawym piasku, leżą uśpione na wieki ciała gladiatorów. Z dala widoczne spiętrzone skały o kształtach często dziwnie symetrycznych wydawały się podobne przy świetle księżyca do posępnej masy domów wielkiego miasta. Złudzenie takie sprawia czasem pyszna dekoracja teatralna; toteż chwilami znowu zdawało mi się, że widzę ją przed sobą, najpiękniejszą ze wszystkich, jakie kiedykolwiek widziałem. Szczekanie psów oznajmiło mieszkańcom doliny o naszym przybyciu. Wkrótce przez konary dębów ujrzałem błyszczące ognisko i oświecone czerwono ściany białego domku. Przy ognisku migały postacie ludzkie chodzące tu i ówdzie lub siedzące obyczajem indyjskim w kuczki. Wdrapawszy się na wysoki brzeg strumienia znaleźliśmy się w podwórzu domu. Jednocześnie gospodarz, który był wyszedł na nasze spotkanie, powitał zwykłym "halo" mego towarzysza, a następnie poznajomił się ze mną.