- Tak? - pyta niezmieszany wcale, przymrużując jedno oko - a widziałeś pan kiedy węża morskiego?
- Nie.- To bardzo dobrze, bo i ja nie widziałem.
Wszyscy w śmiech, a bywalec odnosi nade mną stanowcze zwycięstwo, ponieważ nie ma już mowy o rybach latających, ale o wężu morskim, którego nie widzieliśmy obaj. Jak żyję, nie widziałem tak wesołego towarzystwa. Z lada powodu śmiejemy się wszyscy, jak dzieci. Oto np. spod pokładu wychyla się kosooka głowa Chińczyka, rozgląda się głupowato po pokładzie i woła przez nos: "Jeh-hang! Jeh-hang!" Na pokładzie nie ma żadnego Jehhanga, ale natychmiast wszyscy poczynają wołać: "Jeh-hang", na całym okręcie rozlega się "Jeh-hang!", na wszelkie pytania usłyszysz jedyną odpowiedź: "Jeh--hang!" Radość ogólna. Myślę, że dostałem się do czubków, ale i sam nie jestem lepszy od innych. Schodzimy na obiad. Dają nam rosół żółwi z pieprzem, wołowinę z pieprzem, słowem: sam pieprz. Nawet Amerykanom go za dużo. Jedni się śmieją, drudzy gniewają na kucharza, trzeci wołają ironicznie na stewardów, że za mało pieprzu. Tymczasem w sali zapala Murzyn lampy, obiad się kończy i wychodzimy znów na pokład.