Smith powrócił wkrótce ze swoim łupem uduszonym i porozbijanym o kamienie. Pytałem go, czy nie potrzeba jeszcze kilku pchnięć noża, ale on ukazując mi swoje białe zęby odpowiedział, że zwierz jest fixed, jakby po polsku powiedzieć "ustalony". Jakoż i był ustalony raz na zawsze, bo po owej przejażdżce myślę, że nie miał ani jednej całej kości. Indianie i Metysowie chwytają na lassa nawet niedźwiedzie i bawoły, ale w takim razie jeden koń i jeździec nie wystarcza; za to wszelkie inne zwierzęta, nie wyłączając i jaguara, wleczone przez kwadrans po stepie tracą stanowczo życie bądź to skutkiem uderzenia, bądź skutkiem pogruchotania kości pacierzowej.
Założywszy naszą zwierzynę na konie, które zachowały się przy tym dziwnie spokojnie, ruszyliśmy w kierunku karawany. Zaledwie jednak jechaliśmy z kwadrans, Metys Bull, obdarzony nadzwyczajnie bystrym wzrokiem, przysunął się do mnie i szepnął mi, abym udając, że się nie oglądam, spojrzał na prawo w krzaki pokrywające niewielką wyniosłość odległą na tysiąc może jardów. Poszedłem za jego radą i zwróciwszy nieco konia, wytężyłem wzrok we wskazanym kierunku. Krzaki były wysokie i dość gęste, na próżno jednak badałem je oczyma. - What is the matter? (cóż to jest) - spytałem Metysa. - Buffalo? - No - odpowiedział. - Niedźwiedź? - No. - Cóż na koniec? - Patrz teraz między te dwa krzaki. - Spojrzałem jeszcze raz i po chwili ujrzałem jakoby dwa końce skrzydeł ptasich chwiejące się lekko między gałęziami. - To ptak? - spytałem. - No, sir! to "indżun", który nas śledzi. - Przez krótką chwilę naradzaliśmy się, co mamy robić: czy dać poznać wojownikowi indyjskiemu, żeśmy go dostrzegli, czy też udając, że nic nie widzimy, wrócić do karawany i ostrzec ją, aby miała się nocą na baczności. Metysowie, którzy mieli może ochotę odeprzeć nocny stamped (rozgon mułów), a przez to zasłużyć się nam i mieć potem prawo domagania się wyższej zapłaty, chcieli, żeby wracać, ja jednak uparłem się, aby jechać wprost na Indianina: - He will kill you (on cię zabije) - rzekł mi Smith. - All right! - odparłem zwracając konia wprost na wzgórze. Nie tylko wiedziałem, że równa droga była tak mnie jak i jemu być zabitym, ale byłem przekonany, że nie będzie nawet strzelał do mnie. Według wszelkiego prawdopodobieństwa wojownik ten musiał należeć do pokolenia Utów, które było uprzedzone przez Mac Clella o naszym przybyciu; po wtóre, we własnym interesie nie porwałby się na mnie wiedząc i widząc, że mam dwóch towarzyszów, a na koniec Indianin w czasie pokoju rzadko godzi na życie białego, którego śmierć nie może pozostać w ukryciu.

  WQYZBYM WQJBJKM WQXGXBM WJZYVYM WJKVBJM