Początkowo kłusując, następnie jadąc co koń wyskoczy przez zapadłe dosyć wgłębienie oddzielające nas od wzgórza, wkrótce znaleźliśmy się na jego szczycie. Jakież było moje zdziwienie, gdym obejrzawszy się dokoła nie ujrzał żywej duszy. Na próżno oglądałem się, na próżno przepatrywałem krzaki i zarośla: nigdzie żadnego żywego stworzenia. Pomyślałem, że Metysowie zwiedli mnie; zwróciwszy się więc do Bulla powiedziałem mu ostro, że jeśli miał zamiar żartować sobie ze mnie, może źle wyjść na tym. Ale Bull przysięgał się na wszystko, że widział Indianina, Smith zaś potwierdzał jego słowa. Wkrótce też wynaleźli ślady i pokazali mi je dotykalnie, następnie zaś obejrzawszy grunt odgadliśmy łatwo, co się stało. Druga strona wzgórza była pęknięta na dwoje. Pęknięcie owo stanowiło głęboką wyrwę idącą daleko w step w kierunku wschodnim i ginącą w dali u stóp gór. Dno jej pokryte było nieprzebitą gęstwiną wierzb i innych krzaków, w które Indianin łatwo mógł się ukryć i uciec. Ścigać go było niepodobieństwem. To jednak pojawienie się czerwonego wojownika i zagadkowe jego zniknięcie zaniepokoiło mnie, a przynajmniej dało mi do myślenia. Indianie wiedzieli już o nas, było to pewnym, ale skądże to dziwaczne ich postępowanie? Wszakże, wedle upewnień Mac Clella, mieli nam dać przewodników przy Medicina Rivier i polować na bawoły razem z nami. Przepełniony tymi myślami, wróciłem do karawany. Zastałem obóz już zaalarmowany. Lewa Ręka, który chodził na polowanie na drugi brzeg Północnych Wideł, i który, mówiąc nawiasem, zabił ogromną antylopę, widział także dwóch konnych wojowników, którzy tak samo jak nasz pojawili się i znikli. Woothrup złożył radę wojenną przy ognisku, do której i mnie zaprosił. Pogląd starego mańkuta wydał mi się najtrafniejszy. Nie wątpił on, że Mac Clell ostrzegł Indian, nie miał bowiem żadnego powodu tego nie czynić. Nie wątpił również, że obozowi nie zagraża zbrojny napad, ale zachodziła następująca okoliczność: jakkolwiek najprawdopodobniej wojownicy, których widzieliśmy, należeli do Utów, na stepie jednak mogły także znajdować się zabłąkane oddziały innych pokoleń. "Prawdopodobnie ich nie ma - mówił stary strzelec - ale Utowie będą się starali wyciągnąć z tego korzyść. Jeżeli w nocy wykonają stamped i pokradną nam nasze muły, drugiego dnia udając, że o niczym nie wiedzą, przyślą nam eskortę, będą nawet nam pomagali w odszukiwaniu straty, przed Mac Clellem zaś wytłumaczą się tym, że to nie oni, ale wojownicy innego jakiegoś pokolenia, dopuścili się grabieży." Krótko mówiąc, podług widzenia rzeczy starego strzelca mogliśmy być pewni, że nasi przyszli sprzymierzeńcy, jeśli będą nas mogli okraść bezkarnie, to pomimo wszelkich rekomendacji komisarskich okradną nas niezawodnie. Skutkiem tego postanowiliśmy się mieć na baczności. Straże obozowe i przy stadzie miały być zdwojone i czuwać staranniej, niż to czyniliśmy pierwszej nocy. Przy tym ruszyliśmy natychmiast naprzód, aby na nocleg wybrać miejsce, na którym by postój stada mógł się odbywać, o ile można, blisko wozów. Niezwykłe ożywienie opanowało teraz cały obóz. Towarzysze nasi, którzy drugiego i trzeciego dnia poczęli się już zniechęcać i nużyć, opatrywali teraz broń, kręcili się na wszystkie strony, pokrzykując na siebie wzajemnie lub strasząc się żartobliwie czerwonymi. Byli tacy, którzy utrzymywali, że cały ten alarm jest to humbug, ale ci właśnie, a między innymi i Ward, idąc śladem naszych Metysów życzyli sobie, lubo z innych powodów, stampedu jako dobrej sposobności do rozrywki i nocnej na wiatr strzelaniny.