We cztery godziny potem stanęliśmy na nocleg; przedtem jednak jeszcze straciliśmy jednego muła, który upadł przy przeprawie przez strumień tak nieszczęśliwie, że złamał nogę. Trzeba go było wyprząc i zastąpić innym; tymczasem, ponieważ wśród nocy i tak stałby się pastwą zwierząt, mulnik zabił go wyładowawszy mu cały rewolwer w ucho. Na nocleg stanę- liśmy opodal od przybrzeżnych zarośli, muły zaś poprzywiązywaliśmy niedaleko od wozów, gdzie trawa nie rosła wprawdzie zbyt obficie, ale gdzie były zabezpieczone przed stampedem. Z polecenia Woothrupa miałem czuwać nad strażami pilnującymi stada, przejeździłem więc na koniu całą noc. Co pół godziny jeździłem od placówki do placówki pytając, czy wszystko idzie dobrze, i zawsze odbierałem stałą odpowiedź: "all right!" O północy zluzowałem straże, a następnie zmieniłem je jeszcze raz o wpół do czwartej, ponieważ zimno mocno dawało się we znaki. Strażnikom przykrzyła się widocznie moja zbytnia gorliwość w nawoływaniu, zauważyłem bowiem, że gdym zbliżył się do jednego z nich i zawołałem: "All right?", rozbudzony może z drzemki, która poczynała go ogarniać, odkrzyknął głosem: "All right!", ciszej zaś dodał: "Goddam you!" Udałem, że tego nie słyszę, inaczej bowiem wypadałoby mi wyzwać nazajutrz strażnika na pięście i albo go obić, albo zostać przez niego obitym. Czasami oddalałem się w step o pół mili i więcej i w tym promieniu objeżdżałem cały obóz. Wszędzie było spokojnie i cicho; słyszałem tylko wilki wyjące na drodze, którą przejechaliśmy przed noclegiem, zebrane zapewne nad trupem naszego muła; raz jednak w ciemnościach dostrzegłem zbliżającego się konia i jeźdźca. Chwyciłem natychmiast za karabin chcąc strzelić na alarm, ale był to Woothrup, który także wyjechał był na zwiady. Noc cała przeszła bez wypadku. Świtaniem, gdy większa część towarzyszów wyszła już z obozu z blaszankami po wodę, zsiadłem z konia i położyłem się spać. Przespałem aż do lunchu. Gdym się obudził, towarzysze powiedzieli mi, że ani przewodnicy, ani Lewa Ręka nie odkryli nigdzie śladu Indian, że wszystko idzie po dawnemu, że nad ranem wyruszywszy w drogę zabili wilka, a widzieli stado antylop i ślady bawołów nad rzeką, nie bardzo jeszcze stare. Jechaliśmy dalej spokojnie. Nad wieczorem znów znaleziono ślady bawołów, które tym razem sam oglądałem. Wytłoczenie potężnych racic w mule nadbrzeżnym przechowywało się doskonale, zwłaszcza że woda na rzece była niska i muł stwardniał. Ale właśnie z twardości mułu wnosiłem, iż nie były tak świeże, jak sądzono. Wjeżdżaliśmy jednak widocznie w okolicę obfitującą w zwierzynę, co można było poznać z wielkiej ilości antylop. Następnej nocy zachowaliśmy też same ostrożności jak poprzedniej; nic jednak nie zaszło godnego uwagi. Nazajutrz około godziny ósmej rano stary strzelec, który świtaniem wyszedł był na zwiady i dopiero co powrócił, zbliżywszy się do mnie szepnął z cicha, abym udał się za nim. Wyjechaliśmy obaj z obozu konno. Kanion, który od kilku dni zwężał się coraz bardziej, nie był w tym miejscu szerszy niż na sześć do ośmiu mil angielskich; wkrótce więc dojechaliśmy do gór. Przez drogę wypytywałem starego, dlaczego mnie wezwał, ale nie chciał mi dać żadnych objaśnień. Zatrzymaliśmy się u wejścia do jednego z bocznych kanionów. Tu stary strzelec zsiadł z konia i mnie kazał to uczynić, a następnie odprowadziwszy konie ukrył je w rozpadlinie gruntu porośniętej krzewiną. - Teraz musimy pójść piechotą - rzekł do mnie. - A konie? - spytałem. - Nic im się tu nie stanie. - Poszliśmy. Wąskie gardło bocznego kanionu prowadziło nas w głąb gór. Gardło to jednak rozszerzało się stopniowo coraz więcej. Przy samym wyjściu stary zatrzymał mnie: - I will show you something. (Chcę panu coś pokazać) - rzekł. Co? - Buffalo! - Serce zabiło mi z radości. - Teraz musimy się rozłączyć - rzekł. - Idź pan na lewo, ja pójdę w prawo. Wyszedłszy na polankę czołgnij się w zaroślach, póki się nie doczołgniesz, potem strzelaj, ale nie pokazuj się po strzale. - Rozstaliśmy się. Po kilkudziesięciu jeszcze krokach kanion rozszerzył się nagle w polankę, której brzegi pokryte były zaroślami, środkiem zaś ciągnęła się łąka, przez którą przepływał mały strumień.

  WQKBVXM WQZKVZM WQQJBQM WJGZJVM WJXPKXM