XIV. SZKICE AMERYKAŃSKIE

Widoki kraju. Okolice lesistsze. Piękność natury. Koniec października. Lato indyjskie. Parki na pustyni. Poranki i wieczory. Mgły poranne. Jak Amerykanie pojmują piękności przyrody. Czarne Góry. Trochę z niedawnej przeszłości. Wyprawa Custera. Wyprawa Gordona. Pierwszy fort w Czarnych Górach. Skargi Siouxów. Początek emigracji. Podeptane traktaty. Sprawa wytacza się w gazetach. Rząd nie wie, co robić. Ekspedycja wojenno- -naukowa. Sprawozdanie profesora Jenney. Nowe układy i wojna. Bohater indyjski. Sitting Bull między Anglikami. Nienawiść do Amerykanów. Popularność Sitting Bulla w Stanach Zjednoczonych. Wyjeżdżamy z kanionu. Widok tarasu. Stado bawołów na stepie. Gonitwa. Wspaniała zdobycz. Zmęczenie. Kłopoty przywódcy. Tajemniczość Indian. Odpowiedzialność. Goniec od komisarza. Niebezpieczne położenie. Wracamy. Stosunki z Utami. Ostrożnośc. Do broni! Poselstwo indyjskie. Układy. Zręczność przywódcy. Eskorta indyjska. Przybycie do Percy. Rozjeżdżamy się. Powrót do San Francisco. Smutek. Wstrzymany wyjazd

Nie mając zamiaru nudzić was czymś podobnym do Anabasis ani zaczynać periodów od Ksenofontowskich "entauten", nad którymi dość namęczyłem i nanudziłem się sam w swoim czasie, nie będę opisywał dzień po dniu naszych wypadków i polowań dość zwykle do siebie podobnych. Dam wam raczej opis kraju tak odrębnego od naszych okolic, a tak ciekawego. W miarę jak posuwaliśmy się naprzód, szczyty Sweet Water Mts. stawały się znów wyższe i wyższe, kanion zaś, jakkolwiek coraz węższy, ale i coraz lesistszy. Szczególniej boczne kaniony i przerwy między pojedynczymi szczytami obfitowały w bujną roślinność. Trafialiśmy często na wąwozy pokryte krzakami czarnego agrestu, którego owocem nie opadłym jeszcze, a smacznym i zdrowym raczyliśmy się obficie. W rozpadlinach skał znajdywaliśmy maliny pozbawione już owocu, ale rosnące nadzwyczaj bujnie. Czasem trafiały się drzewa dzikich śliw, które przewodnicy nazywali "czerwonymi śliwami". Co do innych drzew, stanowiły oneteraz miejscami prawdziwe i trudne do przebycia lasy, nie widziałem jednak nigdzie lasów złożonych z drzew jednogatunkowych. Najczęściej stanowiły one wspaniałą mieszaninę norweskich sosen, zwanych także "ciężkimi" albo "żelaznymi" sosnami, dalej: jodeł, bukszpanów, dębów, wiązów, jesionów, dzikiej morwy i białej brzeziny, której rozplecione warkocze przypominały mi polskie lasy. Niektóre z kanionów pięknością dorównywały kalifornijskim, mniej były tylko ożywione, albowiem ptaków brakło zawsze. Czasem jednak pod sklepieniem niebieskim ważyły się na rozpostartych, nieruchomych skrzydłach wielkie orły upatrujące zapewne piesków ziemnych albo małych antylop. Wszystko to było dzikie, romantyczne, szczere, zdrowe i piękne, jak tylko pierwotna natura piękną być może. Na koniu, z karabinem pod ręką, czasem samotny w stepie i górach, czasem w gwarnym i wesołym towarzystwie, czułem się jak owe wielkie ptaki na niebie - swobodnym. Pogoda stawała się coraz piękniejszą. Był to ostatni, ale pełen niewypowiedzianej słodyczy uśmiech jesieni. Porę tę nazywają u nas babim latem, a tu: latem indyjskim - indian-summer. Gdym czasem zabłądził w jakim dzikim parku, w którym piramidy drzew grupowały się jakby ręką ludzką ułożone, zdawało mi się, że jestem w polskim ogrodzie. Tak samo i tu, wielkie rozczapierzone liście odrywając się bez szelestu od drzew i kołysząc się lekko spływały na ziemię; ten sam tu jakiś smutek i łagodna rzewność rozlane w powietrzu, toż samo jakieś: "pamiętaj" szeptane smutno przez drzewa, przez zbladłe promienie słoneczne i więdnące kwiaty. Brakło tylko jeszcze owej piosenki, którą czytałem, czym słyszał - nie wiem - jeżeli nie chłopskiej, to na chłopską śpiewanej nutę:

  WQKBYBM WQZJVPM WQQXXVM WJGQKKM WJKZZQM