Nie zstępowaliśmy niżej jak 900 stóp, albowiem towarzysz mój śpieszył się do miasta, gdzie miał załatwić rozmaite sprawy. Zresztą zbyt było mokro, dymno, gorąco. Teraz dopiero zrozumiałem potrzebę owych ochronnych sukni i obuwia, w jakie ubrano nas przy wejściu. Pospieszyliśmy znowu do elewatora - rozległo się głośne "all right!" - i zostaliśmy porwani w górę. Wydostawszy się na światło dzienne odetchnąłem. Poczęliśmy dziękować przewodnikowi. Był to, jak wam już wspomniałem, człowiek dość obdarty, brudny, zasmolony, we flanelowej koszuli, w kapeluszu z powystrzępianym koliskiem i w podartych gumowych butach. Twarz jego, lubo zasmolona, miała jednak pewien wyraz dystynkcji, a jasne, niebieskie oczy patrzyły rozumnie. Ponieważ był bardzo grzeczny, myślałem po wyjściu: dać mu czy nie dać dolara? - jeśli Europejczyk - weźmie, jeśli Amerykanin, może się obrazi... sam nie wiem... wygląda jakoś bardzo ubogo... Postanowiłem nareszcie tak postąpić, jak mój towarzysz, który jako Amerykanin, powinien był wiedzieć, jak postąpić.

  WQYXVPM WQZQJKM WQXBXBM WJZVYXM WJKXPYM