W Kalifornii świeże tu jeszcze istnieje wspomnienie o podobnym oryginale - Kowalewskim. Mieszkał on w Sebastopolu z Wojciechowskim, ale nie widywali się po parę lat. Bywało, pewnego poranku, zwija Kowalewski rzeczy w węzełek i wybiera się w drogę.
- Gdzie idziesz, Kowalewski? - pyta go towarzysz.
- At! znudziło się siedzieć!
- Człowieku, toż nawet nie masz broni; spotka cię niedźwiedź albo jakie licho i zamorduje. - A to? - odpowiadał Kowalewski wywijając z łatwością straszliwym żelaznym drągiem, który inni zaledwo mogli podnieść z ziemi.
Wychodził "przejść się" i nie wracał czasem przez parę lat. Bywało to w czasach, kiedy kraj był jeszcze dziki, pusty i gdy istotnie na każdym miejscu można było spotkać się z niebezpieczeństwem. Ale Kowalewski nie dbał o to. Gdy wracał, witał się tak z towarzyszem, jak gdyby był wyszedł przed godziną. Siadał spokojnie przy stole, jeśli wrócił na obiad, brał się również spokojnie do pracy, jeśli była to godzina pracy. Co robił przez czas nieobecności i gdzie bywał, nikt nigdy nie wiedział. Raz jednak wrócił słaby, znędzniały i bez drąga.

  WQZKZXM WQKGXQM WQGPGGM WQPKZPM WJJYGVM