Takie jest moje zdanie, które otwarcie wam wypowiadam, jak również i to drugie, że uważam za głupiego każdego, kto u nas patrzy na Żydów ze stanowiska jakichś pretensyjek urodzenia, pochodzenia itd. Nie jestem za tym, aby ich kokietować. Jak zasłużą, należy ich (według wyrażenia Prusa) tak dobrze chechłać jak i każdego innego, ale też nie należy wyrzucać ich za nawias. Oto wszystko.
Pytacie się mnie, co dzieje się z panią Modrzejewską i piszecie, że teraz dopiero przekonali się wszyscy, iż była "niezrównaną" i że nikt zastąpić jej nie zdoła. Otóż w tej chwili mogę wam udzielić objaśnień, nie poufnie, jak żądacie, ale bez zastrzegania sekretu. Wystąpiła już na tutejszej scenie. Korespondencja, jaką wysłałem do "Gazety Polskiej", odmaluje wam to wystąpienie. Teraz już upłynęło od tego czasu dwa tygodnie. Grała codziennie. Występowała w trzech rolach: Adrianny, Ofelii i Julietty. Choćbym chciał, choćbym się silił, nie potrafiłbym wam opisać, co to za szereg tryumfów były te występy. Zbierzcie razem: wrzaski, krzyki, powódź podzwrotnikowych kwiatów, uniesienia recenzentów, porównania z Ristori i Rachelą, owacje publiczności, owacje prasy, ryki paradyzowe, ścisk, tropikalne gorąco, popychanie się łokciami, sonety na cześć "wielkiej córy Sarmacji", a wszystko to razem wzięte da wam zaledwie słaby obraz tych występów. Rodacy wielkiej artystki, zamieszkali stale tutaj, którzy nie nazywają jej już inaczej, jak: "nasza pani M." - z radości i dumy tak pozadzierali nosy do góry, że już i gadać z nikim nie chcą. Prasa, która była nam w ogóle niezbyt przychylna, przesadza się w komplementach i oświadczeniach sympatii. Pojawiły się rozmaite artykuły o Słowiańszczyźnie, o nadzwyczajnych zdolnościach naszego szczepu, etc., etc.