Chcąc rozwiązać pytanie, jak te narodowości żyją obok siebie, jakie instytucje zdołały związać je w jeden węzeł państwowy, musiałbym chyba, idąc śladami Alexisa Tocquevilla, napisać wyczerpujące dzieło o urządzeniach społecznych amerykańskich, do czego zbrakłoby mi zdolności i czasu. Odpowiem więc tylko ogólnie: w Stanach Zjednoczonych nie próbowano asymilować, nie wiązano nikogo nigdy - i to jest sekret owej zgody, w jakiej żyją odrębne żywioły. Trudna zagadka wyjaśnia się tym jednym wyrazem, który w Europie jest tylko ideą i postulatem, tam praktyką codziennego życia - wyrazem: wolność.
Ale właśnie owa wolność społeczna, polityczna i religijna, owa płynąca z niej decentralizacja posunięta do ostatecznych granic, owa luźność związków państwowych i nieograniczone uwzględnienie jednostki rodzi tę różnostronność objawów życia, o której już wspomniałem, a stąd i niepodobieństwo ogarnięcia jej w jednej ogólnej charakterystyce. Kraj i jego mieszkańcy, stosunek ich do siebie, ogólna konstytucja Unii, prawo pojedynczych stanów, hrabstw, gmin, rozmaitość stowarzyszeń świeckich, sprawa oświaty, stosunek wzajemny mężczyzn i kobiet, sekty religijne, a na koniec luźne socjalno-religijne falanstery - wszystko to zbyt bogaty i zbyt obfity materiał, aby z niego nawet pobieżnie skorzystać można. Niepodobieństwem jest iść od razu kilkunastoma drogami, żeby więc nie zgubić się w ich labiryncie, trzeba wybrać sobie jedną najciekawszą, najsympatyczniejszą i pójść nią prosto, mówiąc tyle tylko o widokach przyrodniczych, o ile nie leżą poza krańcami widnokręgu. Taką drogę, która mi się wydała najbardziej zajmującą, wybrałem. Idąc tym szlakiem nie wypełnię może swego programu - ale jakkolwiek poprowadzę czytelników moich za Ocean, nie wprowadzę ich jednak w otoczenie zbyt obce.
Będę mówił o Polakach i o osadach polskich w Stanach Zjednoczonych Północnej Ameryki.

  WQZYGJM WQKVZQM WQGZBQM WJQQPJM WJJBVJM