- Wielki Boże! - pomyślałem sobie. - To zapewne chevalier Zielonogłowski ze "szpadą ojców swoich".
I zdjął mnie strach przed "szpadą ojców" kawalera Zielonogłowskiego. - Co to będzie? co to będzie? - pytałem się sam siebie.
Tymczasem drzwi otworzyły się. Do redakcji wszedł jakiś dżentelmen mający koło sześciu stóp wzrostu, ze wspaniałą jasną brodą.
- Czy z panem Litwosem mam honor mówić? - spytał niskim, basowym głosem, który przypominał mi ryk lwa.
- Czym panu mogę służyć? - odpowiedziałem z uprzejmym pośpiechem, robiąc rękoma z tyłu rozpaczne wysilenia, aby dostać się do laski stojącej w kącie, która jak na złość zsunęła się właśnie na ziemię.
- Czy to pan pisuje "Chwilę obecną"?
- Stało się! - pomyślałem.
- To jest... właściwie... Bo to widzi pan, czasami reporterowie przynoszą mi mylne fakta...
Ale z kimże mam honor?
- Jestem X z Poznańskiego.
Odetchnąłem, albowiem nigdy nic nie pisałem o Poznańskiem.
- A więc pan z Poznańskiego?
- Tak, panie.
- Ach! to właśnie cieszy mnie niewymownie.
- Widzę, że pan nie bardzo kocha warszawiaków.

  WQZYZBM WJKVYVM WQJJYYM WJQPKQM WQVBXKM