- Czy to jest burza? - pytam jednego z majtków, umiałem bowiem ten frazes po angielsku.
- Nie, to nie burza - odpowiada majtek - czas jest piękny.
Przekleństwo na twoje oczy! Jeżeli to jest czas piękny, cóż wy tedy nazywacie burzą? On to nazywa czasem pięknym! Jeżeli nie utoniemy, to chyba dlatego, że ty i twoja załoga będziecie wisieć, co zaś ma wisieć, to nie utonie. Tymczasem fale zalewają nawet górny pokład, tak że trzeba zejść na dół. Przy samych schodach spotykam doktora z rudymi faworytami, który pochyla się nade mną i krzyczy, żeby przekrzyczeć szum morski:
- Comment ça va, monsieur!?
Jestem tak pognębiony, że nie tylko nie odpowiadam doktorowi, ale nie mogę trafić do schodów. Nie choruję, ale czuję zawrót głowy i ogłupienie posunięte do tego stopnia, że gdyby to był stan normalny mego umysłu, mógłbym odznaczyć się nawet w kółkach ultrakonserwatywnych a tout prix. "Trzymałem się za coś - mówi w podobnym położeniu pan Dickens - może to był komin od pieca, może majtek, ale może i krowa." Ja wiem, że nie mogłem trafić do schodów.