Taczewskiemu, gdy to usłyszał, twarz pobladła jak płótno, księdzu Woynowskiemu zaś przeciwnie - krew uderzyła do głowy.
-Wyzwany był! Co miał uczynić? Wstydź się waćpan! - zawołał.
Lecz pan Pągowski spojrzał na niego z góry i odrzekł:
-świeckie to są sprawy, których świeccy ludzie tak samo jak duchowni albo i więcej są periti, ale i na to odpowiem, aby mnie tu nikt o niesprawiedliwość nie posądzał. Co miał uczynić? Jako młodszy starszemu, jako gość gospodarzowi, jako człowiek, który tyle razy chleb mój jadł, swego własnego nie mając, powinien był przede wszystkim mnie rzecz oznajmić, a ja byłbym ją swoją powagą gospodarską zagodził i nie dopuścił do tego, by moi zbawcy, a tak godni kawalerowie, tu, w tej chałupie, we krwi własnej, na słomie jako w chlewie leżeli.
-Myślałbyś waszmość, że mnie tchórz obleciał! - wołał łamiąc ręce i trzęsąc się jak w febrze Taczewski.
Pan Gedeon nie odpowiedział ani słowem, gdyż od początku udawał, że go nie widzi, natomiast zwrócił się do Cyprianowicza.
-Panie kawalerze - rzekł - eo instante jedziemy z panem starostą Grothusem do waścinego ojca, do Jedlinki, aby mu kondolencję wyrazić. Nie wątpię, że przyjmie on gościnę moją w Bełczączce, więc i waćpana wraz z towarzyszami proszę z powrotem do siebie. Przypominam wam też, że znajdujecie się tu tylko przypadkiem, a w rzeczy moimi przecie gośćmi jesteście, którym ja chciałbym całym sercem wdzięczność okazać. Ojciec waćpana, panie Cyprianowicz, nie może przecie zajechać do sprawcy ran twoich, a pod moim dachem lepsze mieć będziecie wygody i z głodu nie pomrzecie, co by was tu snadnie spotkać mogło.