Tu spojrzał ksiądz w okno i dodał:
-Ale ot! sanie gotowe, a komu w drogę, temu czas...
Lecz po twarzy Jacka boleść przemknęła na nowo, pocałował księdza w rękę i rzekł:
-Jedną jeszcze mam prośbę, ojcze i dobrodzieju mój, abym mógł z wami jechać teraz i pozostać aż do wyjazdu w plebanii... stąd tamte dachy widać i tu mi... za blisko...
-Jakże! Sam chciałem ci to proponować i z ust mi to wyjąłeś. Nic tu po tobie - i z duszy ci będę rad. Hej, Jacuś, bądź dobrej myśli! Nie kończy się świat w Bełczączce, jeno stoi szeroko przed tobą otworem. Gdy raz na konia siędziesz, Bóg wie dokąd dojedziesz. Wojna cię czeka! Sława cię czeka, a co dziś boli, to przyschnie. Widzę już, jak ci skrzydła u barków rosną: lećże, boży ptaku, boś na to stworzon i przeznaczon.
I radość jak promień słońca rozświeciła zacną twarz księdza. Uderzył się po żołniersku dłonią w udo i zawołał:
-A teraz bierz czapkę i jedźmy!
Ale drobne rzeczy stają czasem na przeszkodzie większym, a śmieszne plączą się ze smutnymi. Jacek obejrzał się po izbie, potem spojrzał zakłopotanym wzrokiem na księdza i powtórzył:

  WQBXBXM WJVXZGM WJXQVKM WQXXVYM WQJQBVM