-Nie, że się kłania, jeno że bardzo się kłania, rozumiesz?
-Rozumiem.
-To ruszaj! A kożuch weź, bo na noc znów mróz bierze. Psy niech też pójdą z tobą. "Bardzo się kłania" - pamiętaj i wracaj zaraz, chybaby pan chciał dać odpowiedź.
Tak załatwiwszy tę sprawę, udała się do kuchni, ażeby zająć się wieczerzą, która ponieważ spodziewano się powrotu pana z gośćmi, była już prawie gotowa. Potem przybrawszy się i przygładziwszy włosy, zeszła do stołowej izby.
Stary Cyprianowicz powitał ją dobrotliwie, albowiem jej młodość i uroda mu były jeszcze w Jedlince przypadły do serca. Że zaś o syna był już zupełnie spokojny, więc gdy siedli do wieczerzy, począł rozmawiać z nią wesoło, starając się nawet i z pomocą żartów rozproszyć tę jakowąś troskę, którą widział na jej czole, a której przyczynę przypisywał właśnie temu, co zaszło.
Lecz wieczerza nie miała się skończyć pomyślnie dla dziewczyny, gdyż zaraz po drugim daniu w progu izby pojawił się Wojtaszek i chuchając w zamarznięte palce, począł wołać: