-Za panem Taczewskim. Jemu Jacek na imię!
-Ba, a samaś waćpanna tak go surowie skarciła. Po co tak było?
-Gorzej go skarcił opiekun. Ale przyznaję waszmość panu, że nie postąpiliśmy sprawiedliwie, i myślę, że należy mu się jakowaś pociecha...
-On też pewnie rad ją z rąk waćpanny przyjmie.
A dziewczyna potrząsnęła swą jasną główką na znak przeczenia.
-Ej nie - odrzekła ze smutnym uśmiechem - już on się na nas na wieki rozgniewał...
Cyprianowicz popatrzył na nią prawdziwie dobrym, ojcowskim wzrokiem:
-Kto by się tam na ciebie, wdzięczny kwiatuszku, potrafił na wieki rozgniewać.
-O! on potrafi!... Ale co do pociechy, to byłaby dla niego najlepsza, gdybyś waszmość pan sam mu powiedział, że urazy do niego nie masz i że niewinność jego widzisz. Wtedy by już i opiekun musiał mu jakąś sprawiedliwość wyrządzić, a ta mu się od nas należy.
-Widzę, że waćpanna nie była tak znów bardzo dla niego ostra, skoro się teraz za nim z takim gorącym sercem ujmujesz.
-Bo mam wyrzuty sumienia, i że nie chcę niczyjej krzywdy, i że on jest sam na świecie, i że jest bardzo, bardzo ubogi.
-Tedy powiem waćpannie, żem to już sobie w duszy postanowił. Waćpanny opiekun, jako gościnny sąsiad, zapowiedział mi, że mnie nie puści, póki mi się syn nie wygoi, ale i Stacha, i Bukojemskich można by choćby jutro zabrać do domu. Przedtem jednak z pewnością będę i u pana Taczewskiego, i u księdza Woynowskiego, a to nie przez żadną dobroć, ale przez zrozumienie, że im się to ode mnie należy. Jać nie mówię, że jestem zły, jeno tak myślę, że jeśli tu kto jest naprawdę dobry, to nie ja, ale waćpanna. Nie przecz!
Ona jednak przeczyła, bo czuła, że nie o samą sprawiedliwość względem Jacka jej chodzi, ale i o inne sprawy, o których nie wtajemniczony w jej dziewczęce rachuby pan Cyprianowicz nie mógł nic wiedzieć. Serce jej jednak wezbrało wdzięcznością dla niego i na dobranoc pocałowała go w rękę, za co rozgniewał się na nią pan Pągowski.
-Toć to trzecie dopiero pokolenie, a przedtem kupcy - mówił. -Pamiętaj, ktoś jest!