Tu przyszło mu do głowy, że pruskie talary, jako z luterskiego kraju pochodzące, abominację tylko w niebie wzbudzić mogą, ale co do czerwonych złotych zawahał się, czyby ich na noc pod nóżki Chrystusowi nie podłożyć - nuż nazajutrz znajdzie się ich więcej! Nie czuł się jednak godnym cudu i nawet kilkakrotnie uderzył się w piersi w skrusze za myśl zuchwałą. Ale dłużej nie mógł o tym rozmyślać, gdyż ktoś zajechał przed plebanię.
Po chwili otwarły się drzwi i do izby wszedł wysoki siwy mąż z czarnymi oczyma patrzącymi mądrze i dobrotliwie.
Mąż ów skłonił się w progu i rzekł:
-Jestem Cyprianowicz z Jedlinki.
-Jakże, widziałeś waszmość pana na odpuście w Przytyku, ale jeno z daleka, bo zjazd był srogi - zawołał ksiądz, posuwając się żywo ku gościowi. -Witam waszmości z radością w moich niskich progach.
-I ja też z radością tu przybywam - odpowiedział Cyprianowicz. -Wielki to i miły obowiązek pokłonić się tak znakomitemu rycerzowi i tak świętemu kapłanowi.
-To rzekłszy, ucałował staruszka w ramię i w rękę, choć ów bronił się, mówiąc: