-Z niebaś się waszmość wziął razem ze swoją fortuną i ze swoim złotym sercem - odpowiedział ksiądz Woynowski.
Po czym kazał przynieść miodu, sam ponalewał kusztyczki i pili z ochotą, jak piją ludzie mający radość w sercu. Przy trzecim jednak kusztyczku spoważniał ksiądz i rzekł:
-Za pomoc, a dobre słowo, za waćpanową poczciwość niech choć dobrą radą zapłacę.
-Słucham.
-Nie osadzaj waść syna w Wyrąbkach. Dziewka jest gładka nad wszelką imaginację. Może być przy tym sama w sobie i zacna, nie przeczę, ale to Sienińska, z czego nie ona sama ale pan Pągowski jest tak pyszny, że gdyby o nią posunął - bo ja wiem? - choć sam nasz królewicz Jacobus, jeszcze by się to staremu nie wydało nadto. Strzeże waść syna, nie pozwól mu, aby sobie o tę pychę młode serce podrapał albo i śmiertelnie, jak Jacek poranił. Ze szczerej i życzliwej przyjaźni to waści mówię, chcąc dobrem za dobre zapłacić.
Pan Cyprianowicz przeciągnął dłonią po czole i tak rzekł:
-Spadli nam do Jedlinki z powodu podróżnej przygody jakoby z chmur. Ja byłem kiedyś w domu pana Pągowskiego z sąsiedzkimi odwiedzinami, ale on nie był u mnie. Wymiarkowawszy stąd jego pychę, więcej jego przyjaźni i znajomości nie szukałem. Samo to przyszło. Syna jednakże w Wyrąbkach nie osadzę ano też bałamucić mu się w Bełczączce nie pozwolę. Nie tak my stara szlachta jak Sienińscy ani może jak Pągowscy, ale szlachta, i to wyrosła z wojny, z tego co boli, jako mawiał pan Czarniecki. Godność naszą potrafimy zachować - i mój syn nie mniej ode mnie jest na to czuły. Strzały Kupidyna trudno się młodemu ustrzec, ale powiem wam, dobrodzieju, co mi Stach rzekł, gdym go teraz w Bełczączce o dziewkę rozpytywał: "Wolę - powiada - jabłka nie urwać, niż za wysoko podskakiwać, bo jak nie doskoczę, to wstyd".