-Jest posłaniec do jegomości z Bełczączki.
Ksiądz Woynowski wziął list, odpieczętował, rozwinął, uderzył wierchem dłoni w arkusz i zbliżywszy się do okna, począł czytać.
A Jacek aż przybladł ze wzruszenia i patrzył jak w tęczę w ową kartkę, albowiem przeczucie mówiło mu, że o nim w niej będzie mowa. Myśli jak jaskółki przelatywały mu przez głowę: nuż stary się skruszył, nuż to są przeprosiny? Tak powinno być i nawet nie może być nic innego. Pągowski nie miał jeszcze prawa gniewać się o to, co zaszło, więcej od tych, którzy w zajściu ucierpieli. Więc oto ozwało się sumienie: poznał niesprawiedliwość swego postępku, zrozumiał, jak ciężko niewinnego człowieka pokrzywdził, i pragnie krzywdę naprawić.
Serce poczęło w Jacku bić jak młotem: - Och, pojadę - mówił sobie w duszy - nie dla mnie tamto szczęście, a choć i przebaczę, to już zapomnieć nie potrafię, ale by raz ujrzeć jeszcze przed wyjazdem tę tak okrutną, a taką umiłowaną Anulę, raz się jej jeszcze napatrzyć, raz jeszcze głos jej usłyszeć - tego mi, miłosierny Boże, nie odmawiaj!