Myśl dziewczyny leci jak jaskółka chyba za podróżniczkiem i woła na niego: "Jacku! jam ci zła nie chciała! Jacku, Bóg widzi moje serce!" Tak to ona na niego woła, a on ani pyta: jedzie przed siebie, a co o niej wspomni, to jeno zmarszczy się a splunie.
I znów uperliły się jej rzęsy. Przyszła na nią jakaś niemoc i chwila rozczulenia, i chwila rezygnacji, w której poczęła sobie mówić: "Ha! to trudno!... Niech mu Bóg odpuści i niech go prowadzi, a o mnie mniejsza..."
Jednakże usta jej drgały jak u dziecka, oczy patrzyły jak oczy udręczonego ptaka i gdzieś tam, w skrytym kąciku swej czystej jak łza duszy skarżyła się po cichu Bogu na to, co ją spotkało.
Była teraz pewna, że Jacek nigdy jej nie kochał, i nie mogła zrozumieć, dlaczego nie kochał ani trochę.
-Opiekun słusznie mówił! - myślała.
Lecz potem przyszło zastanowienie.
-Nie! To jednak nie mogło być.
Naraz przypomniała sobie te słowa Jacka, które wyryły się w jej pamięci jak w marmurze: "Nie ty odejdziesz, ja odejdę, jeno to ci jeszcze powiem, że chociażem cię od lat całych miłował bardziej niż zdrowie, bardziej niż życie, bardziej niż duszę własną, nie wrócę tu więcej: pięści z boleści pogryzę, a nie wrócę - tak mi dopomóż Bóg!" I blady był jak ściana, gdy to mówił, a prawie oszalały z gniewu i bólu.

  WQBQZQM WQJQYYM WQXXKPM WJXQKGM WJVXJBM