Na to zmierzchła znów twarz pana Gedeona, więc nie odpowiedział na pytanie, tylko wyjrzawszy z karety, rzekł:
-Jedlnia.
-To może wstąpim do kościoła? - zapytała pani Winnicka.
-Nie wstąpim, naprzód dlatego, że kościół na pewno zamknięty, bo ksiądz też pojechał chyba do Przytyka, a po wtóre, że mnie ciężko obraził i umknę mu ręki, jeśli się do mnie zbliży.
Po czym dodał:
-A waćpannę i ciebie, Anulu, proszę, abyście się w żadne rozmowy z nim nie wdawały.
Nastała chwila milczenia. Nagle za karetą rozległy się cłapania końskie i odgłosy błota zwierającego się jakby ze strzelaniem w miejscach, z których konie wyciągały grzęznące nogi - po czym donośne słowa zabrzmiały z obu stron kolaski:
-Czołem! Czołem!...
Byli to panowie Bukojemscy.
-Czołem! - odpowiedział pan Pągowski.
-Waszmość pan do Przytyka?
-Jak co rok. Myślę, że i waćpanowie też na odpust?
-Jużci - odpowiedział Marek. -Trzeba się przed wyprawą z grzechów oczyścić.
-A czy to jeszcze nie za wcześnie?
-Dlaczego ma być za wcześnie? - zapytał Łukasz. -Co się dotychczas nagrzeszyło, to po odpuście z pleców spadnie, bo od tego i odpust; a co się potem nabroi, to już ksiądz wobec nieprzyjaciela in partykulo mortis odpuści.