-Miłeż to karby! - odrzekł z niezwykła sobie wesołością Pągowski.
Jechali bardzo wolno, bo we wsi błoto było okrutne, że zaś z Radomia wyruszyli nierychło z południa, więc zapadła już noc. W chatach po obu stronach świeciło z okien łuczywo, od którego kładły się w poprzek drogi czerwone smugi. Gdzieniegdzie przy płocie zamajaczyła jakaś postać ludzka baby lub chłopa, który ujrzawszy jadących co prędzej zdejmował czapkę i kłaniał się w pas. Widać było z tych zbyt niskich ukłonów, że Pągowski umiał trzymać w garści ludzi, ba, nawet że ich trzymał zanadto i że ksiądz Woynowski nie bez przyczyny gromił go za zbytnią surowość. Ale w tej chwili stary szlachcic miększe czuł niż zwykle w piersiach serce, więc spoglądając na owe pochylone postacie i na zapadłe w ziemię okienka chałup, rzekł:
-Uczyni się też jakąś łaskę poddaństwu, za którym zawsze się ona wstawiała.
-Oj, to, to! - odrzekł prałat.
I umilkli. Pan Gedeon rozprawiał się czas jakiś z własnymi myślami, po czym ozwał się znowu:
-Wiem, że wam, dobrodzieju, rad dawać nie trzeba, ale to musicie jej powiedzieć, że to dla niej gotuje się dobrodziejstwo i że ja przede wszystkim o niej myślę; a w razie oporu (którego się nie spodziewam, ale nuż!) choćby i fuknąć trochę...