Wyszła ogarniając ręką świecę, ale ponieważ była w blasku, a oni w cieniu, więc nie dojrzawszy ich z razu, zatrzymała się koło drzwi. A oni też nie odezwali się przez chwilkę, bo naprzód wydało im się to jakąś osobliwszą wróżbą, że ona pierwsza ku nim wychodzi, a po wtóre, że uroda jej zdumiała ich tak, jakby jej przedtem nigdy nie widzieli. Palce, którymi ogarniała świecę, wydawały się różowe i przezroczyste; blask pełgał po piersiach, rozświecał usta i małą twarz, która wydawała się trochę senna i smutna, może dlatego, że oczy pozostawały we wgłębionym cieniu. Czoło i śliczne jasne włosy, tworzące nad nim jakby koronę, były znów skąpane w blasku. I otoczona naokół mrokiem, a sama świetlista i cicha, stała tak przed nim podobna po prostu do anioła stworzonego z różowej jasności.
-O, jak mi Bóg miły, czyste objawienie! - rzekł prałat.
A Pągowski zawołał:
-Anulu!
Wówczas podbiegła ku nim i postawiwszy świecę na przymurku komina, poczęła ich witać z radością. Pągowski przycisnął ją czule do serca, kazał jej się cieszyć z przybycia tak zacnego gościa i sławnego we wszystkich sprawach konsyliarza, a gdy po skończonych powitaniach weszli do stołowej izby, zapytał: