-Toście już po wieczerzy?
-Nie. Właśnie czeladź miała przynosić z kuchni i dlatego nikogo w sieni nie było.
A ksiądz spojrzał na starego szlachcica i zapytał:
-To może by nie czekając?
-Nie, nie - rzekł prędko Pągowski. -Pani Winnicka wnet się tu zakrzątnie.
Jakoż pani Winnicka zakrzątnęła się skutecznie - i w kwadrans później zasiedli do grzanego wina i jajecznicy. Ksiądz Tworkowski jadł i ił dobrze, lecz przy końcu wieczerzy spoważniało mu oblicze i rzekł, zwracając się do panienki:
-Moja mościa panno! Bóg wie, dlaczego ludzie zowią mnie konsyliarzem i dlaczego się mnie tak często radzą, ale skoro i opiekun waćpanny tak czyni, tedy muszę pomówić z nią w pewnej ważnej sprawie, którą memu lichemu dowcipowi powierzył.
Panu Pągowskiemu, gdy to usłyszał, nabrały znów żyły na czole, a panna przybladła nieco i podniosła się niespokojna, gdyż nie wiadomo dlaczego, wydało jej się, że ksiądz będzie z nią mówił o Jacku.
Prałat zaś rzekł:
-Proszę na osobność!
I wyszli.
Pan Pągowski odetchnął głęboko raz i drugi, zabębnił palcami po stole, po czym wstał i czując potrzebę zagadania byle jakimi słowy wewnętrznego wzruszenia, rzekł do pani Winnickiej: