ROZDZIAŁ XVII
Tegoż wieczora, ale już późno w noc, pani Winnicka przyszła do pokoiku krewniaczki...
Tegoż wieczora, ale już późno w noc, pani Winnicka przyszła do pokoiku krewniaczki i zastawszy panienkę jeszcze nie rozebraną, poczęła z nią rozmawiać.
-Nie mogę ochłonąć ze zdziwienia - rzekła - bo prędzej bym się śmierci spodziewała, niż żeby jegomości coś podobnego przyszło do głowy.
-I ja się nie spodziewałam.
-Jakże tedy? I tak już naprawdę? Sama nie wiem, co myśleć - radować się czy nie?... Bo jużci ksiądz prałat, jako persona duchowna, lepszy ma od ludzi świeckich rozum i to słuszna, co powiada, że będziesz miała nad głową do śmierci dach i do tego swój, nie cudzy; ale z drugiej strony, jegomość leciwy człek i (tu pani Winnicka zniżyła głos)... czy ci go trochę nie strach?
-Stało się, i nie ma już o czym myśleć! - odrzekła panna Sienińska.
-Jakże to mówisz?
-Mówię, żem mu za przytułek, za kawałek chleba wdzięczność powinna i że licha to zapłata - moja osoba, której nikt inny by nie chciał, ale skoro on chce, to jeszcze jego łaska!
-On dawno już chciał - rzekła tajemniczo staruszka. -Zawołał mnie dziś po rozmowie z tobą; myślałam, że było co złego w wieczerzy i że będzie łajał - a on nic! Widzę, że jakiś wesół - i nagle powiada mi nowinę. A pode mną aż nogi zadrżały. Dopiero on mówi: "Czemuś to wacani - jak żona Lota - w słup soli się zmieniła - cóżem to taki grzyb?". "Nie - powiadam - jeno, że to taka niespodziana rzecz!". A on znów: "Dawna to myśl (mówi), tylko że była jako ryba na dnie, dopóki nie znalazł się ktoś, co jej pomógł na wierzch wypłynąć... I wiesz wacani kto?". Byłam pewna, że to ksiądz prałat Tworkowski, ale on rzekł: "Wcale nie ksiądz Tworkowski, jeno pan Grothus".